May 16 2010

Miętowe lody

W mediach znów głośno o pyle z islandzkiego wulkanu. Mam nadzieję, że lotniska nie zamkną. Może wrócimy stopem? Póki co odpoczywamy w przytulnym mieszkanku, popijamy herbatę, piwo i wino, rozmawiamy, śmiejemy się, trochę oglądamy telewizję. Na Discovery akurat program o erupcji na Islandii.  Tak się zastanawiam… jakże piękna jest ta matka Gaja. Taki malutki obiekt na jednym z ramion Drogi Mlecznej. Jedna planeta, a tak wiele ma oblicz. Chciałbym, by starczyło mi czasu, zdrowia i sił do zobaczenia jak największej części tego naszego świata. Chcę zachwycać się tym tworem, poznawać i chłonąć całym sobą. Im jestem starszy, tym częściej uświadamiam sobie, że któregoś dnia może nie dam rady wyjść za próg własnego mieszkania. Kiedy więc stawiać te kroki w stronę przygody, jak nie teraz? Mogę chodzić, widzieć, słyszeć, dotykać, mówić, smakować. Mogę zrobić krok… a potem następny… i kolejny… i zobaczyć, co jest za rogiem, co za drzewem, co za kamieniem i co za górą. Do zobaczenia więc na drodze… we mgle… pośród skał, marzeń i chmur. A potem możemy zjeść miętowe lody z czekoladą :-)


May 15 2010

Polska jest urocza

Kilka kilometrów na piechotę przechodzimy przez przepiękny las, łąki i pastwiska. Miło tak iść wśród zielonych terenów. Oczy starają się ogarnąć każdy kawałek tej pięknej okolicy. Mija sporo czasu nim wydostajemy się na obrzeża Curragh Chase Forest Park, ale i tak jest jeszcze przed południem. Z drogi przez wioskę, wprost do Adare, zabiera nas starszy mężczyzna w kapeluszu. Jest pod wrażeniem tego, że można wciąż podróżować autostopem… sam też to kiedyś robił.

Adare, to według przewodnika jedna z najpiękniejszych wiosek Irlandii. Są tu ruiny opactwa trynitarzy, zamek i domki pokryte strzechą. Mieszkańców jest około 1000. W opactwie akurat odbywa się pierwsza komunia, więc nie udaje nam się dostać do środka, ale zwiedzamy kościół z pięknym wirydarzem. Robimy zakupy i popołudniem ustawiamy się na wylotówce, by złapać ostatniego w Irlandii stopa.

Z drogi ruszamy po 20 minutach. Nasz ostatni kierowca to w średnim wieku pani, która w zeszłym roku była w Krakowie i Wadowicach i jest bardzo zachwycona naszym krajem. Rozmawiamy  głównie o Polsce, którą wciąż się zachwyca,, i szybko dojeżdżamy do Limerick. Wysiadamy przy dworcu autobusowym, idziemy jeszcze na małe zakupy a potem autobusem wracamy do Shannon. Czekają już na nas Bożena, Grisza i Polinka.


May 14 2010

John

Długo śpimy. Z namiotu wychodzimy dopiero około 10. Pogoda, ze słonecznej w deszczową i z powrotem, zmienia się co 20 minut. Po śniadaniu gramy trochę w “Państwa i miasta” (ja przegrywam), a potem John zaprasza nas na przejażdżkę do Limerick. Pakujemy się do campera i jedziemy na zakupy. John znika u fryzjera, a my obchodzimy okoliczne sklepy. A potem w drodze powrotnej zjadamy wspólny posiłek w pubie, do którego przybędziemy również wieczorem.

John obecnie mieszka w camperze. Ma uczulenie na świeżą farbę, więc nie może przebywać w swoim domu, który jest właśnie malowany. Mówi, że gdyby nie miał campera, musiałby mieszkać w B&B, a to by go drogo kosztowało. To zawodowy kierowca ciężarówki, ma dwoje dzieci i jest samotnikiem. Rzucił palenie i od tego czasu je więcej. Zaznacza też, że nie pije Guinnessa, gdyż rośnie od niego brzuch.

W pubie jest dzisiaj impreza urodzinowa. Pewna kobieta obchodzi siedemdziesiąte urodziny, więc w lokalu znajduje się sporo ludzi. Ale znajduje się też miejsce dla nas. Zamawiamy piwo, czekamy, aż kapela się nastroi i próbujemy zlokalizować solenizantkę. W międzyczasie John idzie spróbować szczęścia z automatem do pokera, ale wraca po chwili straciwszy 2 euro. W końcu impreza rozkręca się na całego… kapela zaczyna grać, a ludzie wychodzą na środek i tańczą. John prosi Magdę do tańca i pokazuje, że dziś on jest królem parkietu. Na”densflorze” pojawia się też starsza pani, która najwyraźniej doskonale się bawi, podskakując w rytm muzyki… wszak to jej dzień. A później The Boatmen odgrywają “Sto lat” i wszyscy idą składać solenizantce życzenia. W tym czasie kelnerki podają przekąski, na które i my się załapujemy.  Jestem pod wrażeniem całej imprezy i tego, jak wszyscy się świetnie bawią. Wieczór jednak zbyt szybko przechodzi w noc i trzeba nam wracać do namiotu. John planuje spać do 11, my przed 9 chcemy być już w drodze. Żegnamy się więc, życzymy sobie wszystkiego dobrego i w przyjacielskiej atmosferze rozchodzimy się do swoich”apartamentów”. Pewnie nigdy się już nie spotkamy, ale w pamięci ten człowiek zostanie na zawsze.


May 13 2010

Are you on holiday? Really?

Poranek jest zimny i nie chce się nam wychodzić ze śpiworów. W końcu jednak pakujemy się i ruszamy piechotą w stronę miasteczka. Na skrzyżowaniu z drogą w stronę Listowel zatrzymuje się dla nas starsza pani, która opowiada nam o szóstce swoich dzieci i mijając swój dom w Causeway stwierdza, że zawiezie nas dalej. Kilkanaście kilometrów później zabiera nas ojciec z córką i jedziemy do centrum Listowel.

Czasem nie pada i jest zimno, więc po wizycie w ruinach zamku (właściwie to tylko jedna ściana), kafejce internetowej i kościele, postanawiamy wejść do miejscowego wyszynku na frytki. A potem, gdy już łapiemy na drodze, zatrzymuje się rowerzysta i tłumaczy nam, gdzie będzie lepiej łapać stopa w stronę Tarbert.
- Wiem, bo sam nie raz to robiłem – mówi.
Uczynność ludzi za każdym razem wprawia mnie w zachwyt. Z lepszego miejsca zabierają nas Holendrzy, którzy są tutaj na wakacjach. Jadą wynajętym samochodem, gdyż ich camper pierwszego dnia się zepsuł i stoi w serwisie po drugiej stronie Irlandii. Z Tarbert szybkim stopem dostajemy się do Glin, gdzie robię zdjęcia ruinom i po dwóch godzinach oczekiwania zabiera nas młody Irlandczyk. Jedziemy do Foynes, gdzie dowiadujemy się, że zaznaczone na mapie pole namiotowe nie istnieje. Nasz kierowca postanawia więc zawieźć nas ok. 20 km dalej, do Leśnego Parku Curragh Chase. Wyskakujemy przy bramkach do parku i dalszą drogę pokonujemy na piechotę. Camping leży w środku lasu i jest tutaj bardzo cicho. Tylko ptaki i szum drzew. Tu zostaniemy do sobotniego poranka.

W łazience poznaję Johna… właśnie się goli, gdy zaczynamy rozmowę. To czterdziestoparoletni mężczyzna z siwymi włosami i sympatycznym wyrazem twarzy. John bardzo się zdziwił, gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski i nie przyjechaliśmy tutaj do pracy tylko na wakacje. Z ogromnym uśmiechem stwierdza, że to bardzo dziwne. Trochę rozmawiamy przy umywalkach i umawiamy się na jutrzejszy wieczór z irlandzką muzyką w pubie położonym na obrzeżach lasu.


May 12 2010

It doesn’t make sens

W Tralee czuć już nowoczesność. To duże, wielokulturowe miasto ze sporą ilością sklepów i napisami na murach. Osobiście wolę być w tych małych miasteczkach, gdzie czuć klimat tej prawdziwej Irlandii, gdzie kierowcy mijając Cię pozdrawiają, machają  i uśmiechają się do Ciebie, a gdy budzisz się rano słyszysz śpiew ptaków lub szum fal.

Z Tralee do Ardfert zabiera nas kobieta z psem. Wnętrze samochodu oczywiście pełne jest sierści. Psina jest bardzo przyjazna i oblizuje nas po twarzy i rękach. W Ardfert oglądamy ruiny katedry z XII wieku i z drogi zabiera nas Brian. Jedziemy do Ballyheige, gdzie planujemy zostać na noc. Jak się okazuje, na polu campingowym nie można rozbić namiotu. Stwierdzamy, że to kompletnie nie ma sensu i Brian proponuje nam zostanie na ogromnym polu jego ojca, gdzie niegdyś pasły się zwierzęta, a teraz stoi ono odłogiem. Oczywiście zaproszenie przyjmujemy i jedziemy ok. 2 km za miasto. Rozbijamy się i reszta dnia upływa nam leniwie. I dobrze.

Arczi, musiałem trochę naprawić Twój plecak, gdyż nie wytrzymał już na kilku szwach :-)


May 11 2010

You’re backpackers so…

Budzimy się przed wschodem słońca. Nad górami pięknie widać księżyc. Jest zimno, więc wracamy do śpiworów i zasypiamy. Wstajemy przed ósmą i idziemy na plażę. Ocean jest dziś spokojny. Robię zdjęcia i ruszamy na spacer wzdłuż plaży. Po drodze widzimy martwą fokę. Jej głowa zjedzona jest już przez ptaki, a w ciele zadomowiły się robaki. Przykry widok. Wracamy do namiotu, zwijamy cały sprzęt i czekamy na łódź. Już widać ją płynącą z drugiego brzegu, niebawem tu będzie. Ostatnie spojrzenie na wyspę, która tej nocy była nasza… na owce i wszechobecne ptaki. Podpływa łódź, po chwili także ponton z turystami. Wysiadają lekko zdziwieni widząc nas tutaj. Znów wkładamy kamizelki, ładujemy się na ponton, potem do  lodzi i wyspa robi się coraz mniejsza za kilwaterem.

Do Dingle wracamy z parą młodych ludzi, którzy z Dublina przyjechali tu na wycieczkę. Jemy smażoną rybę i frytki w miejscowym wyszynku i  z drogi do Tralee zabiera nas Tracey. Gdy wysiadała z samochodu, by pomóc nam załadować plecaki, myślałem, że to Gillian Anderson, tak bardzo była do niej podobna.  Po drodze rozmawiamy o autostopie w Irlandii i Tracey twierdzi, jak większość kierowców, że dziś to już nie jest tak proste, ale że jesteśmy backpackersami, to nas zabierze.  Zahaczając o zamknięte pole namiotowe oraz o jedno, na którym nie chcemy zostać, dojeżdżamy do Tralee. Tracey zostawia nam jeszcze swój numer telefonu. Gdyby popioły z islandzkiego wulkanu nie pozwoliły nam odlecieć, możemy się u niej zatrzymać. Dziś zostajemy w Tralee.


May 10 2010

Przedwieczny wiatr

Liz to młoda, ścięta na zapałkę dziewczyna. Zabiera nas z drogi i gdy słyszy, że jedziemy do Dunquin, stwierdza, że nas tam zawiezie pomimo tego, że to kilkanaście kilometrów dalej niż jej punkt docelowy. Jedziemy drogą Slea Head wzdłuż urwiska. Po lewej stronie pięknie maluje się Ocean Atlantycki i odległe wysepki, niczym kamienni strażnicy od dawnych czasów strzegący tych wód. Po drodze zatrzymujemy się w kilku miejscach i robię zdjęcia. Skały i rozbijająca się o nie w dole woda robią wrażenie. Jedziemy dalej, do miejsca, skąd odpływa łódź na Great Blasket Island, gdzie chcemy zostać na noc. Zjeżdżamy z głównej drogi i wyskakujemy pod przystanią. Myślałem o łódkostopie, ale nie ma tu żadnego portu, więc grzecznie kupujemy bilet, wkładamy kamizelki ratunkowe i ruszamy na wyspę. Najpierw pontonem z przystani podpływamy pod kuter, przerzucamy bagaże i siebie i płyniemy dalej. Fale są dość duże, więc przyjemnie kołysze, a woda czasem wlewa się na pokład. Płyniemy około pół godziny, znów przesiadamy się do pontonu i dobijamy do brzegu. Na wyspie jest jeszcze sporo turystów, ale niebawem odpływają. Zostajemy sami.

Jest bardzo wietrznie, więc rozbijamy się między starymi domkami, w których kiedyś mieszkali ludzie. Dziś to już tylko zniszczone gołe mury. Kilka domków służy robotnikom, którzy stawiają tu płot. W XIX i XX wieku żyła tu niewielka populacja rybaków i rolników. Ze względu na trudne warunki i brak kontaktu z lądem ostatni ludzie odpłynęli stąd w 1954 roku. Izolacja na wyspie spowodowała przetrwanie tutaj tradycyjnej kultury i języka irlandzkiego, co przyciągało tu wszelakich badaczy. Obecnie wśród ruin przechadzają się owce. Popołudnie mija nam spokojnie. Leżymy na trawie, wchodzimy na wzniesienia, śmiejemy się z owiec i królików, które w popłochu uciekają, gdy tylko nas usłyszą. Krajobraz jest przepiękny. Z wody wystają skały, w oddali majaczą inne wyspy. Tak tu spokojnie… i tylko krzyk ptaków i pobekiwanie owiec przerywa wietrzną ciszę. Z oceanu wystawia głowę foka.

Zapada zmrok, wiec szybko wracamy do namiotu. Jeszcze zielona herbata na dobranoc, spektakl gwiazd nad wyspą i wiatr, który śpiewał tu swoją pieśń przed wiekami.


May 9 2010

Dingle Pub

Większość kierowców pyta nas, czy przyjechaliśmy tu do pracy. To trochę przykre, że Polak w Irlandii kojarzony jest tylko z pracą. Na ogół ludzie wyrażają się dobrze o Polakach, ale i tak mówię im, że to nasze wakacje. Gdy kierowcy słyszą, że jesteśmy autostopowiczami, rozgadują się. Mówią nam o ciekawych miejscach, opowiadają interesujące historie… nagle znika pojęcie “Polak”. Jest turysta, autostopowicz. Jest lekkie niedowierzanie, że tak można podróżować. To przecież takie niebezpieczne. Dawniej, owszem… i oni jeździli, ale dziś już nikt tego nie robi. A jednak przemieszczamy się z miejsca na miejsce. Na zachodzie Irlandii jest to nieco trudniejsze. Może to dlatego, że więcej tu turystów? Tak czy inaczej podróżowanie autostopem nadal jest możliwe i wiele osób to robi. Chociaż jak na razie nie widzieliśmy żadnego innego autostopowicza.

Z Killarney z miłym starszym panem dostajemy się do Killorglin. Spotykamy Niemców i Amerykanów. Oczywiście są zdziwieni, że jedziemy autostopem. Szybko zatrzymuje się dla nas kolejny kierowca, który zawozi nas na prostą drogę do Dingle. Ok. 50 km pokonujemy z Gerrym, który jest tu na wakacjach. Jest Holendrem i wiele podróżował po świecie. Mówi, że zna dobre miejsce za miastem, gdzie możemy się rozbić za darmo. Odjeżdżając zostawia nam swój numer telefonu i mówi, że gdybyśmy mieli jakieś problemy, mamy napisać i on przyjedzie. Darmowe miejsce to plaża, na której nie można się rozbić, o czym informuje nas duża tablica. Trochę na piechotę i kilka kilometrów stopem wracamy do Dingle, gdzie od naszego ostatniego kierowcy dowiadujemy się, że jest tutaj mały hostel z miejscem na namioty. I tam też zostajemy. Wieczorem idziemy jeszcze do miasteczka do pubu z muzyką na żywo. Zamawiamy piwo i słuchamy romantycznych piosenek, które przy akompaniamencie własnej gitary wykonuje sympatycznie uśmiechnięty Irlandczyk. A potem wracamy do namiotu. I znów to pięknie rozgwieżdżone niebo.


May 8 2010

Smażone czerwone pomidory

Yvonne i Jim to ludzie bardzo sympatyczni. James cały czas się uśmiecha. Gdy oprowadzał nas po okazałym ogrodzie i pokazywał rośliny z Himalajów, czuć było w jego słowach radość i pasję. Naprawdę uwielbia to miejsce. Yvonne robi bardzo dobre dżemy. Mandarynkowy jest wyśmienity, choć ona twierdzi, że ten się jej nie udał. W swojej małej szklarni pokazała mi warzywa i przyprawy, które ma nadzieję niebawem zaowocują. Fasola, pomidory, ogórki a także pietruszka, curry, mięta. Wszystko pięknie już puszcza kiełki… teraz trzeba czasu i cierpliwości.

Domostwo naszych gospodarzy to piętrowy budynek. Na dole jest przytulna kuchnia i spiżarnia oraz pokój, który tej nocy został nam podarowany. Na górze znajduje się sypialnia, duży pokój i łazienka. Progi są wysokie a sufity na tyle niskie, że gdy chcę przejść z jednego pomieszczenia do drugiego, muszę pamiętać, by schylić głowę. Raz nie pamiętałem. Na śniadanie mamy smażone kiełbaski, smażony boczek, dwa rodzaje smażonego puddingu, smażone pomidory oraz tosty, ciasto, dżem, miód i czarną herbatę. Wszystko to bardzo mi smakuje. Przy śniadaniu dużo jeszcze rozmawiamy. Oboje są bardzo wyrozumiali i cierpliwie czekają, aż składając zdania wytłumaczymy, o co nam chodzi, omijając nasze braki w angielskim słownictwie.

Ranek mija zbyt szybko i nadchodzi czas odjazdu. Robimy sobie jeszcze wspólne zdjęcie, obiecujemy je wysłać i nasi dobroczyńcy zawożą nas na wylotówkę w stronę Fermoy. Ściskamy się, Yvonne i Jim odjeżdżają, a my zostajemy na pustej drodze. Chwilę później Magda pokazuje mi 50 euro i mówi, że Yvonne wręczyła jej to, byśmy sobie poszaleli. Lekko opada mi szczęka i nie wiem, co powiedzieć. W czasie swoich podróży otrzymywałem już  jedzenie albo słodycze, ale jeszcze nigdy nikt nie podarował mi pieniędzy. Ludzie zaprawdę są niesamowici.

Do Fermoy dostajemy się z młodymi ludźmi, a dalej kilkoma rzutami do Mallow. Dziś nie idzie nam zbyt dobrze. Kierowcy podwożą nas po kilka kilometrów. Ostatecznie jednak udaje nam się dotrzeć na pole namiotowe w Killarney. Jest już późno, więc jest zamknięte, ale uprzejmy chłopak z domostwa obok dzwoni do właściciela, a ten zjawia się po 10 minutach. Jemy kolację i z głowami pełnymi wspomnień zasypiamy.


May 7 2010

Yvonne i James

“Życie jest dziwką… a potem umierasz” – jak twierdzi James.

O poranku szybkim stopem dostajemy się do centrum Dungarvan, gdzie bezskutecznie próbuję zakupić butlę z gazem. Skutecznie natomiast znajdujemy bibliotekę, gdzie za 2 euro na godzinę można  skorzystać z internetu, a także wchodzimy do spożywczego sklepu, w którym nabywam ryż, chleb i paprykę. A potem ustawiamy się na wylotówce z miasta. Chcemy dostać się do Ardmore. Po 20 minutach zatrzymuje się kobieta w średnim wieku i twierdzi, ze stoimy w złym miejscu, więc proponuje nam podwiezienie do lepszego. Jedziemy ok. 2 km. Mijamy kilka rond, a mila pani obiecuje nam modlitwę za naszą podróż i mówi, byśmy zawsze pamiętali, że aniołowie są z nami. Wysiadamy tam, gdzie zaczyna się pobocze, czyli dogodne dla nas miejsce, kobieta odjeżdża, a my wystawiamy kciuk i próbujemy złapać następny transport. I nie czekamy długo. Do samego Ardmore zabiera nas sympatyczny Irlandczyk, którego imienia nie pamiętam. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie z plaży jest już piękny widok na otwarte Morze Celtyckie. Siadamy na piasku, robimy kanapki, popełniam fotografię i szybko stwierdzamy, że wiatr jest zbyt dokuczliwy, by spędzać tu więcej czasu. Idziemy do ruin dawnego opactwa, które uznawane jest za kolebkę chrześcijaństwa, jeszcze sprzed przybycia na wyspę św. Patryka. Znajduje się tam również cmentarz, gdzie spoczywają zwłoki żeglarzy, którzy rozbili się u wybrzeży. Ruiny zapierają dech. Robimy zdjęcia i wychodzimy na wylotówkę z miasteczka. Zatrzymuje się miejscowa kobieta z psem, która oznajmia, że może podwieźć nas tylko do głównej drogi, ale ostatecznie zawozi nas kilka kilometrów dalej, skąd mamy zamiar dostać się na zachodnie wybrzeże, do Dingle. Robię zdjęcia żółtym kwiatkom, które porastają całą Irlandię, i niemal w tym samym momencie zatrzymuje się samochód.

Z drogi zabierają nas Yvonne i James. Jadą do Lismore. Trochę rozmawiamy o naszej podróży, pogodzie na Irlandii i ekonomicznej sytuacji w Polsce, a w końcu zapraszają nas do swego domostwa. Z zaproszenia oczywiście korzystamy. Kiedy zajeżdżamy na podwórko i widzimy stare mury i drzewa pamiętające dawnych królów, James informuje nas, że owo domostwo ma ok. 300 lat. Rozsiadamy się w kuchni, James otwiera butelkę wina, trochę rozmawiamy i idziemy na pokazowy spacer po ogrodzie. A ogród jest imponujący. Rośnie tutaj wiele starych drzew… rosną zioła, które James potrafi nazwać i warzywa, które sam zasadził. Wracamy do kuchni, Yvonne otwiera kolejną butelkę wina, a James zastawia stół kilkoma rodzajami sera, oliwkami, pasztetem z kurczaka, krakersami i marynowanymi ogórkami spod ręki Yvonne. Przy sympatycznej rozmowie kończy się kolejna butelka wina. Trzecia, którą James stawia na stole, była lekko napoczęta, toteż szybko się opróżnia. W międzyczasie gospodarz zaczyna kroić warzywa, by przygotować kolację i rozmawiamy o Grenlandii, Danii, języku gaelickim, bezrobociu, katolikach, papieżu, Nostradamusie i wszelakich innych ciekawych rzeczach. Kończy się trzecia butelka wina, wiec Yvonne grzecznie prosi, bym wybrał następną z półki i otworzył ją… co też czynię. Ja wraz z Jamesem zajmujemy się kolacją, a Magda z Yvonne udają się na górę, by zapoznać się z obrazami namalowanymi przez jej krewnych. Po pewnym czasie kończy się wino a kolacja jest gotowa. Stół zastawiamy makaronem z warzywami i mięsem doprawionym świeżą miętą z ogródka… i piątą butelką wina.

To był dzień pełen wrażeń. Kolejny raz urzeka nas irlandzka gościnność. Yvonne obiecuje zrobić rano irlandzkie śniadanie i szykujemy się do spania. Dobrej nocy.

Ps. Asiu, pozdrawiam od Ciebie Irlandię :-)
Gutki, godnie, że dostąpiliście Armii na żywo :-)



May 6 2010

Morze Celtyckie

Z ronda na wylocie  z Kilkenny, wprost do Kells, zabiera nas pani w średnim wieku. W miasteczku znajdują się imponujące ruiny opactwa Augustianów z XIII wieku. Na szczęście są otwarte i dostępne dla każdego za darmo. Dawne opactwo leżało w urokliwym terenie. Nieopodal rzeka powoli toczy swe wody pośród powalonych drzew. Dookoła łąki, kilka owiec skubie trawę. Słychać bijący dzwon… oznajmia południe. Tak tu cicho i spokojnie. Jakby za chwilę mieli wyjść mnisi i udać się do ogrodów, by zająć się swoimi roślinkami. I tylko robotnicy naprawiający mury burzą ten sielankowy obraz.

Wracamy na drogę. Zabiera nas pierwszy przejeżdżający kierowca i szybkim rzutem znajdujemy się na rondzie, 8 km od Carrick-on-Suir. Do miasteczka wjeżdżamy z sympatycznym Irlandczykiem, który częstuje nas gruszkami. Chcemy się jeszcze dziś dostać na południowe wybrzeże, więc od razu ustawiamy się na drodze w stronę Dungarvan. Zza chmur wygląda słońce a obok nas zatrzymuje się pseudosportowy samochód z czterema młodzieńcami w środku.
- Dokąd jedziecie? – pytają.
- Do Dungarvan.
- Wskakujcie, podrzucimy was.
- Ale jak? – zastanawiamy się – nie macie przecież tyle miejsca.
- Wskakujcie – odpowiadają.
Mój plecak po małej rozbiórce ląduje w bagażniku. Dwóch pasażerów w tyle przyjmuje pozycje jeden na drugim, z czego ten na górze od pasa w dół siedzi, a od pasa w górę leży na plecach kierowcy. Ja z Magdą siadamy obok. Drugi plecak zamontowany jest z przodu i służy jako podpórka pod nogi dla pasażera siedzącego obok kierowcy. Jedziemy… lub raczej startujemy, gdyż ryk silnika wskazuje na to, że za chwile możemy wzbić się w powietrze. Wąską drogą mkniemy z dość zawrotną prędkością przy dźwiękach techno muzyki. Co jakiś czas kierowca redukuje bieg i silnik zdaje się wyskakiwać. Okrągła głowa wciśnięta z jednej strony w moje ramię, a z drugiej w plecy kolegi siedzącego na kolanach właściciela tejże głowy, przemawia do mnie, ale dźwięk muzyki i silnika zagłusza wszelakie słowa tak, że widzę tylko poruszające się usta. W końcu dojeżdżamy do miejsca “w połowie drogi do Dungarvan”, wygrzebujemy się z pojazdu i patrzymy jak z piskiem opon za zakrętem znika rakieta z czterema młodzieńcami. Zastanawiamy się, czy któryś z nich miał prawo jazdy.

Dalszy odcinek drogi pokonujemy z Mary, która naucza dzieci w pobliskiej szkole m. in. gaelickiego, angielskiego, historii i geografii. Dobrze nam się rozmawia, gdyż Mary mówi bez irlandzkiego akcentu. Opowiada o tym, ze była w Indiach i jest w tym kraju zakochana. W milej atmosferze docieramy do zatoki Dungarvan. Jesteśmy nad Morzem Celtyckim.


May 5 2010

Kilkenny

Langtons Pub, popijajac Guinnessa

Dzisiejszy dzień upływa nam na leniwym spacerowaniu po Kilkenny. Najbardziej podoba nam się Black Abbey – średniowieczne opactwo dominikanów i katedra św. Marii. Zaglądamy do małych sklepików, na pocztę, do księgarni, szukamy sklepu spożywczego, robimy zdjęcia. Kilkenny jest pełne wąskich, urokliwych uliczek. W mieście widać sporo dzieci uczących się w miejscowej szkole. Odróżniają się od tłumu swoimi mundurkami. Wieczorem idziemy do miejscowego pubu Langtons, gdzie gra dziś za darmo irlandzka kapela. Keltic Kats to czterech mężczyzn w średnim wieku. Gdy wchodzimy, stroją instrumenty. Zamawiamy Guinnessa i Cidera, siadamy, przeglądamy irlandzką gazetę i czekamy na występ. W końcu zaczynają. Chłopaki grają muzykę, która brzmieniem przypomina szanty połączone z muzyką country. Przyznaję jednak, że jeden z mężczyzn wyciska z banjo niesamowite dźwięki. Basista natomiast wygląda na nieco znudzonego i wykonuje swoje partie bardzo automatycznie i z pokerową miną. Na statywach pod mikrofony mają specjalne podstawki, do których idealnie pasują kufle z piwem. Dopijamy i wracamy do namiotu. Jutro jedziemy na południe.


May 4 2010

Fáilte Romhat

Spod farmy, z powrotem do Cahir, zabiera nas miejscowy farmer samochodem, który jest chyba także budą dla psa, gdyż wszystko w środku “wyścielone” jest psim futrem. Wskazuje na to również bukiet unoszącego się zapachu moczu pomieszanego z zatęchłą wonią sierści. Docieramy do miasteczka i za 3 euro wchodzimy do zamku. Czas mija nam pośród wież, krętych schodów, łuków, filarów i zimnych komnat. Dziś to tylko namiastka dawnej świetności tego miejsca, władzy królów i potęgi magii, ale i tak czuć tu ducha średniowiecznych dziejów.

Wychodząc na wylotówkę w stronę Clonmel oglądamy jeszcze ruiny starego kościoła. Nagrobki wokół ruin cale porośnięte są bluszczem, a trawa sięga do kolan. Z drogi zabiera nas młody Irlandczyk, którego akcent jest tak trudny, że nie jesteśmy w stanie się dogadać. Na pocieszenie stwierdza, ze szkocki jest jeszcze gorszy. Wyskakujemy na wlocie do Clonmel przy Tesco i stamtąd piechotą dochodzimy do stacji benzynowej. Tu, zagadując młodego mężczyznę, Magda załatwia nam transport do Kilkenny. Wiele po drodze nie rozmawiamy ale nasz kierowca uczy nas, jak powiedzieć Hello w gaelickim. Wypowiedzenie jednak “Fáilte Romhat” to spore wyzwanie.

Dojeżdżamy do Kilkenny i w informacji turystycznej dowiadujemy się, że 1,5 km od centrum jest pole namiotowe. Tam tez osiadamy. Od poznanego przed chwila starszego człowieka dowiaduję się , że tej nocy były 2 stopnie Celsjusza ale ta noc będzie cieplejsza, gdyż będą 4 stopnie.


May 3 2010

Cashel, Cahir i Apple Farm

Rankiem wraz z ojcem i jego córką szybko dostajemy się do Tipperary. Oglądamy miejscowy stary kościółek i cmentarz z powalonymi krzyżami, robimy zakupy i ustawiamy się na wylotówce do Cashel.

Jeżdżąc autostopem nigdy nie wiesz, kto się zatrzyma i jakim samochodem. Wydawało mi się, że nie zaskoczy mnie już nic, ale gdy zatrzymał się nasz następny transport i otworzyłem drzwi, by zapytać kierowcę, czy nas zabierze, aż mnie cofnęło. Wszędzie były śmieci. Tak dużo, że wydzielały już nie bardzo przyjemny zapach. Zapakowaliśmy się i ruszamy. Kierowca jest inwalidą. Bardzo sympatyczny, ale ma problemy z wymową, co w połączeniu z irlandzkim akcentem jest dla nas okrutnie problematyczne. Ciężko się nam dogadać – większą część zgadujemy, pozostałej nie rozumiemy. W atmosferze niemal całkowitego niezrozumienia docieramy pod zamek w Cashel. Miasto bylo ongiś siedzibą królów, a w V wieku król Aenghus został tu ochrzczony przez samego św. Patryka. Znajduje się tutaj również Skała (Rock of Cashel), najbardziej znane miejsce w Irlandii. Ruiny zamku, w którym znajduje się Skała, są imponujące. Przez otwory w murze, wśród zielonych pól widać kolejne, równie imponujące ruiny.

Irlandzki akcent jest dla nas bardzo trudny. Jeżeli kierowca stara się mówić wyraźnie, to mniej więcej połowę udaje się nam zrozumieć. Jeżeli natomiast mówi tak, jak zwykł mówić, wyłapujemy tylko pojedyncze słowa i z tego próbujemy ułożyć w głowie zdanie i jakąś konkretną odpowiedź, która będzie czymś więcej, niż tylko OK lub mmhmm. Gdy mkniemy autostradą z Cashel do Cahir z dwoma braćmi w średnim wieku, mówimy im o tym problemie, na co oni ze zrozumieniem kiwają głowami i wybuchają śmiechem twierdząc, że nawet oni mają problem z irlandzkim akcentem.

Dotarliśmy do Cahir… chyba nigdy nie nauczę się, jak poprawnie wymówić tę nazwę. Znajduje się tutaj jedna z najlepiej zachowanych anglonormańskich twierdz Irlandii. I rzeczywiście robi wrażenie już z drogi, ale dziś jest już zamknięta, więc przyjdziemy tu jutro. Z przewodnika i informacji turystycznej dowiedzieliśmy się, ze ok 7 km od miasta znajduje się pole namiotowe Apple Farm. Nie wiemy tylko, czy jest otwarte. Wchodzimy wiec do miejscowego hotelu i prosimy panią w recepcji, by sprawdziła nam tę informację na stronie internetowej. Mila pani robi coś więcej, podnosi słuchawkę, wykręca numer i po chwili wiemy już, że możemy tam pojechać. Z wylotówki zabiera nas znów ten sam kierowca, który brudnym samochodem zabrał nas do Cashel. I tym razem znów okazał się być bardzo pomocny, gdyż podwiózł nas pod same drzwi pola.

Apple Farm to urocze miejsce. Właściwie to sad, w środku którego można rozbić namiot. Z jabłek robi się tutaj świeży sok. Każdy gość dostaje butelkę gratis. Przyznaję, że jest wyśmienity. W hangarach mieści się rozlewnia, w której pracują Polacy, o czym przekonałem się słysząc klasycznie już brzmiące obelżywe słownictwo. Zapach dobywający się z naszej polowej kuchni przyciągnął psy. Najpierw jeden przyszedł sprawdzić, co tak pachnie. Biały, o smutnych oczach, łakomy na każdy kawałek chleba. Potem drugi, kudłaty i łaciaty… tylko podniósł nogę i oblał namiot. Wieczór jest zimny, a niebo pełne gwiazd.


May 2 2010

Glen of Aherlow

Poranek jest zimny a niebo zasłonięte szarymi chmurami. Gdy już jesteśmy spakowani i gotowi do drogi, do drzwi puka Catherine i proponuje nam podwiezienie do pobliskiego kościoła, skąd już blisko do kamiennego kręgu. Po mszy piechotą ruszamy we wskazanym przez miejscowych kierunku i szybko dochodzimy do kręgu, który okazuje się być zamkniętym. Szybko łapiemy stopa i John wiezie nas do Kilmallock. Oglądamy trzynastowieczne ruiny opactwa dominikanów, robimy zdjęcia i zakupy, ustalamy plan na najbliższe godziny i stajemy na wylocie z miasteczka. Jest wietrznie, pochmurno, czasem nie pada i jeździ bardzo mało samochodów. Czekamy… W końcu po 2,5 godziny zatrzymuje się dziewczyna z papierosem w ustach. Podwozi nas do następnej wioski, Elton, skąd po 15 minutach zabiera nas Maggie, Irlandka w średnim wieku, która autostopem przejechała całą Irlandię. Jeździ trochę niepewnie i zahacza o krzaki wystające na wąską drogę, ale przyjemnie się nam rozmawia. Wyskakujemy w Tipperary. Zagaduję przechodzącą rodzinę, okazuje się, że to Polacy – tłumaczą nam, gdzie mamy iść, by trafić na pole namiotowe. Dla pewności pytamy jeszcze jedną rodzinę, która wyjaśnia nam, że musimy iść w przeciwnym kierunku. Wracamy więc i obok nas zatrzymuje się samochód z rodziną Polaków, którzy uważają, że powinniśmy jednak iść w uprzednio wskazanym przez nich kierunku. Ostatecznie ojciec rodziny stwierdza: “Sam już nie wiem. Wskakujcie, zrobimy sobie wycieczkę.”

Jedziemy pośród malowniczych gór do Glen of Aherlow, doliny nad rzeką. Rozbijamy się na polu namiotowym, robimy ryż z warzywami i idziemy na spacer. Okolica jest bardzo piękna. Niebo się wypogodziło, słońce pięknie oświetla góry. Wchodzimy do pubu. Zamawiamy Guinnessa i Bulmersa. Sam pub to mieszanka klasycznej wiejskiej knajpy, kasyna i miejsca spotkań miejscowych przystojniaków, którym czasem wyrywa się dość głośne beknięcie. Wracamy do namiotu… zasypiamy… dobranoc.


May 1 2010

Irlandzka gościnność

O poranku Bożenka znów robi nam śniadanie, żegnamy się i wraz z Griszą ruszamy autobusem do Limerick. Kupujemy butle gazowe, Grisza życzy nam wszystkiego dobrego i ruszamy piechotą na wylotówkę z miasta. Zobaczymy się znów za dwa tygodnie. Chcemy dostać się Lough Gur, największego megalitycznego kręgu w kraju (Grange). Dużo czasu zajmuje nam dojście do miejsca, gdzie można w końcu zacząć łapać stopa. Po drodze zwiedzamy duży cmentarz, gdzie stoją strzeliste krzyże celtyckie z najróżniejszymi zdobieniami. Zatrzymuje się samochód. Pierwszy kierowca w Irlandii to Węgier, który ma żonę z Wąchocka. Jest nauczycielem gry na pianinie i jadąc słuchamy Chopina. Opowiada nam, że sam niegdyś jeździł stopem i że teraz stara się zabierać autostopowiczów. Twierdzi, ze tą drogą nie dostaniemy się do Lough Gur, więc zabiera nas gdzie indziej. Szybko mkniemy autostradą i po 10 minutach wyskakujemy przy zjeździe w stronę Croom.

Wciąż jestem pełen podziwu dla tych wszystkich ludzi, którzy tak bardzo chcą Cie podwieźć, że zatrzymują się kompletnie zapchanym samochodem, nie zwracając uwagi na to, że możesz do tego samochodu po prostu się nie zmieścić. Kiedy wiec po 15 minutach czekania otwieram drzwi następnego samochodu, zastanawiam się, jak zmieścimy się do dwuosobowego jeepa kompletnie zapchanego ogrodowym sprzętem, w którym również na jedynym wolnym fotelu leżą rzeczy, a także przed nim i pod nim. Plecaki ładujemy na pakę a sami montujemy się z przodu trzymając nogi niedokładnie tam, gdzie miejsce na nie przewidział producent. Jedziemy ok 8 km i wysiadamy w wiosce Croom. Jak informuje nas znak, 2km stad jest klasztor cystersów. Ruszamy na piechotę. Ruiny stoją jednak na prywatnym terenie więc oglądamy je jedynie zza płotu… ale i tak nam się podobają.

Pogoda zmienia się co 10 minut. Na przemian leje  i świeci słonce. Idziemy na piechotę do skrzyżowania i kierujemy się na drogę w kierunku Lough Gur. Nikt niestety nie chce się zatrzymać. Do tego nadciągnęła potężna czarna chmura i rozpadało się dość mocno. Postanawiamy kontynuować marsz, łapać samochody, a jak nikt się nie zatrzyma, to zapukamy do któregoś z domostw i spytamy, czy możemy rozbić namiot na jednym z pastwisk. Irlandia bowiem, tak jak Anglia i Walia, w większości do kogoś należy. W końcu zza chmur wyszło słońce a my, po przejściu ok 8 km uroczymi terenami, skręcamy do pobliskiego domostwa, dzwonimy i grzecznie pytamy, czy możemy rozbić namiot na pobliskiej trawie. Młoda dziewczyna równie grzecznie odpowiada, ze pójdzie spytać mamę i wraca z około sześćdziesięcioletnią kobieta, która zaprasza nas do domostwa twierdząc, ze  za chwile znów będzie padać a ona ma dobre miejsce dla turystów. Dostajemy więc dwupiętrowe mieszkanko, w którym możemy się wykąpać, uprać i przygotować jedzenie. Robimy ryż z warzywami i zieloną herbatę. Pół godziny później, warzywami, własnej roboty chlebem i mlekiem od krów częstuje na Catherine, właścicielka domu. Pomagam jej przesunąć dwie szafy a ona opowiada nam, ze dziewięć lat mieszkała we Francji i tez jeździła autostopem.

Siedzimy w kuchni, popijamy świeże, ciepłe mleko i jesteśmy pod wrażeniem irlandzkiej gościnności. Nad ciemniejącym horyzontem pięknie jaśnieje Wenus. Gdy całkiem zapada zmrok, wychodzimy z domu oglądać gwiazdy. Nie ma tu świateł miasta. Nieboskłon wygląda przepięknie.


Apr 30 2010

Éire

Shannon, 15 stopni Celsjusza, pochmurno

Niezmiennie zachwyca mnie widok chmur z góry. Jakbym był w jakiejś baśniowej krainie pokrytej kłębami dziwnej, lotnej materii. Przez małe okienko blaszanego pojazdu widać pustkę, która rozciąga się aż po sam horyzont, gdzie łączy się z nieprawdopodobnie błękitnym niebem. Aż chce się opuścić lecący wehikuł, pospacerować wśród tych dziwnie skłębionych kształtów, wystawić twarz do słońca, zatopić się w ciszy i zapomnieć na chwilę, że kilka kilometrów niżej jest jakieś życie.

Lądujemy, bierzemy bagaże i wychodzimy z lotniska. Czeka na nas już Bożena… nie widzieliśmy się kilka lat. Taksówką, którą prowadzi Pakistańczyk, jedziemy do centrum. Lekka dezorientacja… trzeba pamiętać o tym, że obowiązuje tu lewostronny ruch. W domu poznajemy Griszę i malutką Polinkę. Jemy świetne spaghetti carbonara, które wcześniej przygotowała Bożena i popijamy zieloną herbatę. Rozmawiamy o off-road, akcencie irlandzkim, ciekawych miejscach, które zaznaczam na mapie, o podróżach dalekich i bliskich. Grisza pokazuje mi, jak nie mając adaptera podpiąć się do gniazdka. Otwieramy ciemne irlandzkie piwo i rozmowa przenosi się do kuchni. Zasypiamy po północy.

Bożenka robi nam dziś klasyczne irlandzkie śniadanie czyli sadzone jajka, smażone kiełbaski i fasolkę w sosie. Potem obchodzimy okoliczne sklepy robiąc spożywcze zakupy i poszukując butli gazowej, której ostatecznie nie znajdujemy ale kupujemy za to czerwone wino na wieczór. Planujemy jutro udać się do Limerick.

Marto L. Jak obiecałem, pozdrawiam Cie z Irlandzkiej ziemi :-)
A na zdjęciu Polinka :-)