“Życie jest dziwką… a potem umierasz” – jak twierdzi James.
O poranku szybkim stopem dostajemy się do centrum Dungarvan, gdzie bezskutecznie próbuję zakupić butlę z gazem. Skutecznie natomiast znajdujemy bibliotekę, gdzie za 2 euro na godzinę można skorzystać z internetu, a także wchodzimy do spożywczego sklepu, w którym nabywam ryż, chleb i paprykę. A potem ustawiamy się na wylotówce z miasta. Chcemy dostać się do Ardmore. Po 20 minutach zatrzymuje się kobieta w średnim wieku i twierdzi, ze stoimy w złym miejscu, więc proponuje nam podwiezienie do lepszego. Jedziemy ok. 2 km. Mijamy kilka rond, a mila pani obiecuje nam modlitwę za naszą podróż i mówi, byśmy zawsze pamiętali, że aniołowie są z nami. Wysiadamy tam, gdzie zaczyna się pobocze, czyli dogodne dla nas miejsce, kobieta odjeżdża, a my wystawiamy kciuk i próbujemy złapać następny transport. I nie czekamy długo. Do samego Ardmore zabiera nas sympatyczny Irlandczyk, którego imienia nie pamiętam. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie z plaży jest już piękny widok na otwarte Morze Celtyckie. Siadamy na piasku, robimy kanapki, popełniam fotografię i szybko stwierdzamy, że wiatr jest zbyt dokuczliwy, by spędzać tu więcej czasu. Idziemy do ruin dawnego opactwa, które uznawane jest za kolebkę chrześcijaństwa,
jeszcze sprzed przybycia na wyspę św. Patryka. Znajduje się tam również cmentarz, gdzie spoczywają zwłoki żeglarzy, którzy rozbili się u wybrzeży. Ruiny zapierają dech. Robimy zdjęcia i wychodzimy na wylotówkę z miasteczka. Zatrzymuje się miejscowa kobieta z psem, która oznajmia, że może podwieźć nas tylko do głównej drogi, ale ostatecznie zawozi nas kilka kilometrów dalej, skąd mamy zamiar dostać się na zachodnie wybrzeże, do Dingle. Robię zdjęcia żółtym kwiatkom, które porastają całą Irlandię, i niemal w tym samym momencie zatrzymuje się samochód.
Z drogi zabierają nas Yvonne i James. Jadą do Lismore. Trochę rozmawiamy o naszej podróży, pogodzie na Irlandii i ekonomicznej sytuacji w Polsce, a w końcu zapraszają nas do swego domostwa. Z zaproszenia oczywiście korzystamy. Kiedy zajeżdżamy na podwórko i widzimy stare mury i drzewa pamiętające dawnych królów, James informuje nas, że owo domostwo ma ok. 300 lat. Rozsiadamy się w kuchni, James otwiera butelkę wina, trochę rozmawiamy i idziemy na pokazowy spacer po ogrodzie. A ogród jest imponujący. Rośnie tutaj wiele starych drzew… rosną zioła, które James potrafi nazwać i warzywa, które sam zasadził. Wracamy do kuchni, Yvonne otwiera kolejną butelkę wina, a James zastawia stół kilkoma rodzajami sera, oliwkami, pasztetem z kurczaka, krakersami i marynowanymi ogórkami spod ręki Yvonne. Przy sympatycznej rozmowie kończy się kolejna butelka wina. Trzecia, którą James stawia na stole, była lekko napoczęta, toteż szybko się opróżnia. W międzyczasie gospodarz zaczyna kroić warzywa, by przygotować kolację i rozmawiamy o Grenlandii, Danii, języku gaelickim, bezrobociu, katolikach, papieżu, Nostradamusie i wszelakich innych ciekawych rzeczach. Kończy się trzecia butelka wina, wiec Yvonne grzecznie prosi, bym wybrał następną z półki i otworzył ją… co też czynię. Ja wraz z Jamesem zajmujemy się kolacją, a Magda z Yvonne udają się na górę, by zapoznać się z obrazami namalowanymi przez jej krewnych. Po pewnym czasie kończy się wino a kolacja jest gotowa. Stół zastawiamy makaronem z warzywami i mięsem doprawionym świeżą miętą z ogródka… i piątą butelką wina.
To był dzień pełen wrażeń. Kolejny raz urzeka nas irlandzka gościnność. Yvonne obiecuje zrobić rano irlandzkie śniadanie i szykujemy się do spania. Dobrej nocy.
Ps. Asiu, pozdrawiam od Ciebie Irlandię :-)
Gutki, godnie, że dostąpiliście Armii na żywo :-)