Jahwe akbar

Widzę muzułmanów i zastanawiam się nad wieloma zagadnieniami. Oni tak samo jak żydzi i chrześcijanie są przekonani o słuszności swojej wiary. Każdego dnia, pięć razy dziennie z minaretu słychać głos muezzina, który nawołuje wiernych do modlitwy. Ludzie chodzą do meczetu, modlą się, wierzą tak jak żyd i chrześcijanin w jedynego Boga. Co więcej, te trzy monoteistyczne religie mają wspólne korzenie. Czy doprawdy wierzymy w innego Boga? A może to ten sam Bóg, tylko inaczej go pojmujemy? Może Tradycja i religia poprowadziły nas w innych kierunkach, ale wciąż w oparciu o tego samego Najwyższego? Ciężko mi zrozumieć, jak to możliwe, że ja, chrześcijanin, wyznaję jedyną i słuszną prawdę, a mija się z nią głęboko wierzący muzułmanin. Ciekawe jest to, że tenże muzułmanin twierdzi, że to on wyznaje słuszną prawdę, a ja się z nią mijam. Czy ta różnica musi być poletkiem dla sporów? Czy ktoś może mi to wszystko wytłumaczyć? Szanujmy się nawzajem i niech każdy po swojemu odnajduje drogę do Pana. Wierzę, że Duch jest wszędzie – teraz się pewnie naraziłem wielu… trudno – wierzę,  że Jego łaska dotyka wszystkich ludzi. Takie moje małe przemyślenia z kraju, gdzie 98,7% ludzi to muzułmanie.

w diariuszu: (2012) Maroko | Zostaw komentarz

Maroko moim okiem

Maroko to zadziwiający kraj. Z jednej strony przepiękne krajobrazy, które wprawiają w zachwyt, z drugiej strony odpychające, zanieczyszczone śmieciami miasta. Piękne wybrzeża kontrastują z okresowymi rzekami, których koryta wypełniają śmierdzące odpadki. Człowiek patrzy na góry i jest oczarowany, ale chodząc po miejskich ulicach może dobrze się zniesmaczyć. To chyba najbardziej mnie uderzyło. I może jeszcze chaos na drogach, naganiacze i to, że nie mogłem swobodnie robić zdjęć. Ale wolę pamiętać te lepsze rzeczy. Zachwyciły mnie kolory budynków. Jaskrawe błękity i zielenie kontrastujące z bielą i czerwienią powodowały wręcz oszołomienie barwami. Nawet wiszące w blasku słońca pranie mogło zadziwić. Smaczne jedzenie i świetna herbata – choć wielu powie, że ja nie jestem w tej materii obiektywny… i pewnie będą mieli rację. Maroko jest warte zobaczenia… posmakowania… dotknięcia. Warto pojechać na pustynię i przekonać się, jak pięknie ona wygląda. Warto usiąść nad oceanem, na szczycie góry, zapatrzyć się na gwiazdy nocą. Trzeba zakosztować zakupów z targowaniem się w berberyjskim sklepie… i… wiele można by jeszcze napisać i wymienić. Warto tu po prostu przyjechać i samemu się przekonać, że w Maroku jest coś, co nie pozwala na przejście obok niego obojętnie. Czy chciałbym tu wrócić? Tak, chciałbym. Teraz już wiem, czego się spodziewać. Ale co najważniejsze, nie żałuję ani jednej chwili spędzonej w tej podróży. Arturze, dziękuję Ci za wspólną podróż. Następnym razem będzie nas tam więcej ;-)

w diariuszu: (2012) Maroko | Liczba komentarzy - 1

Prehistoryczny petroglif

Sławek poleca nam zobaczyć Tafraout i sam również rozważa pojechanie do tegoż miasteczka. Żegnamy się zatem rano i wyruszamy w drogę, ustalając, że wraz z Kennethem dojadą tam następnego dnia. Autobus pnie się po krętej drodze pomiędzy górami Antyatlasu. Co kawałek widać wciśnięte w góry małe wioski i nadgryzione zębem czasu mury starych kasb. Jest jeden dzień po pełni księżyca i tuż po zachodzie słońca, znad gór wyłania się ogromna, pomarańczowa tarcza naszego satelity. Pięknego widoku dopełniają jaśniejące Wenus i Jowisz. Wspaniale nasycać oczy cudami natury.

Tafraout to małe miasteczko. Wydaje się być spokojne, choć wieczorem w centrum jest sporo ludzi. Kilka osób próbuje nam „pomóc” znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg, ale my mamy już plan miasta z zaznaczonym hotelikiem, do którego się udajemy. Z tarasu widać część miasteczka i kilka szczytów. Rankiem, z zamiarem zobaczenia okolicy, wynajmujemy rowery i udajemy się na przejażdżkę. Po paru kilometrach z przykrością stwierdzam, że siodełko jest kompletnie nieprzystosowane do kształtu mej sempiterny. Objawia się to dość mocnym bólem, ale znoszę go cierpliwie. Jedziemy zobaczyć najpierw górę w kształcie kapelusza Napoleona, a potem prehistoryczny petroglif przedstawiający gazelę. Wskazówki z przewodnika są kompletnie bezużyteczne. Zastanawiam się, czy piszący je człowiek w ogóle tu przebywał. Miejscowi, swoim zwyczajem, podają sprzeczne informacje a turysta z campera też nie ma pojęcia, gdzie znajduje się ryt. Nawet nie wie, że coś takiego tu jest. Dopiero w pobliskim domu gościnnym uzyskujemy informacje. I gazela się odnajduje. Nieco ponad głowami, na zacienionej o tej porze dnia skale, kilka tysięcy lat temu, ktoś wyrył obrazek zwierzęcia. To zadziwiające, że wciąż można go oglądać. Można nawet podejść zupełnie blisko. A z tego punktu pięknie malują się szczyty i palmowe gaje.

Kolejny poranek to spotkanie ze Sławkiem i Kennethem, wspólne śniadanie i wspólne czytanie książek. Oni zostają, my wyjeżdżamy. Dziś musimy być w Inezgane, by jutro nie spóźnić się na samolot. Niebawem znów ujrzę Maroko z góry, jakby na jakiejś planszy, bez swoich codziennych problemów, gwaru ludzi, klaksonów mechanicznych pojazdów, bez śmieci… taki pięknie wymalowany obraz… poprószony śniegiem, posypany piaskiem, poprzecinany okresowymi rzekami.

w diariuszu: (2012) Maroko | Zostaw komentarz

Legzira

Autostopem jedziemy do łuków na plaży Legzira. Młody Marokańczyk postanowił zawieźć nas tam zgodnie z zasadami autostopu, czyli nie biorąc od nas żadnych pieniędzy. Od głównej drogi do plaży jest jeszcze kawałek do przejścia, a potem drugie tyle wzdłuż oceanu. Łuki widać już z daleka. Niesamowite to twory, a im bliżej, tym większe wrażenie robią. Przechodząc pod nimi człowiek czuje, jak jest mały w obliczu natury. Woda ma niezwykłą moc i zadziwiająco ukształtowała te formy. W świetle zachodzącego słońca barwią się na czerwono a cienie pięknie podkreślają fakturę. Patrząc w górę, zastanawiam się, jak to możliwe, że tyle ton materii wisi mi nad głową i nie spada. Pewnie za kilkaset lat, gdy woda dokona swojego dzieła, kształty będę zupełnie inne. Może łuki zapadną się, może będą większe? Tego już nie zobaczę. Ciekawe, że jest tak mało ludzi. Tylko nieliczne osoby przychodzą tu na spacer. Może to nie ta pora roku? Może latem są tu tłumy? Mnie osobiście to pasuje… mogę w spokoju oddać się zamyśleniu.

Po kąpieli w oceanie i po zachodzie słońca wracamy na drogę, skąd małym samochodem typu pick-up, wraz z innymi ludźmi na pace, jedziemy do miasteczka. Pierwszy raz jadę samochodem, stojąc z tyłu, na miejscu załadunkowym. Trochę mi zimno od wiatru i prędkości, ale najwyraźniej to tutaj normalne. Widok jadących tak pasażerów nie wydaje się być również czymś nietypowym dla patrolu policji, który nas zatrzymuje. Policjant zamienia po arabsku kilka słów z kierowcą i ruszamy do miasteczka. Pick-up niestety nie dojeżdża do samego centrum, więc trzeba nam jeszcze trochę podreptać. Artur nie czuje się najlepiej, mam nadzieję, że to tylko chwilowa niedyspozycja. Wypijamy jeszcze wieczorną herbatę ze Sławkiem i Kennethem i wskakujemy do śpiworów, w namiocie na tarasie, przy szumie oceanu.

Ps. Magdo, dziękuję za polecenie tego miejsca :-)

w diariuszu: (2012) Maroko | Liczba komentarzy - 2

Sławek i Kenneth

Sławek to niezwykle barwna postać. Niegdyś menedżer Polskiej grupy Apteka, dziś stylista i podróżnik. Obeznany ze sztuką, lubiący czytać i jak wnioskuje z naszych rozmów, ceniący sobie spokój, cichą okolicę i miejsca w których można oddać się kontemplacji. Był w wielu ciekawych miejscach świata, toteż z zainteresowaniem wsłuchuję się w jego opowieści o Kambodży, Sri Lance, Indiach, Laosie czy samym Maroko, w którym jest z resztą kolejny już raz. W czasie naszych rozmów okazało się również, że pisze teksty i, że Artur tłumaczył je na angielski. Podobno świat jest mały… i jest coś prawdziwego w tym stwierdzeniu. Sławek na śniadanie lubi tutejszy chubs z oliwą. I przyznaję, że to bardzo dobre połączenie. Szczególnie oliwa wyciśnięta z miejscowych orzechów ma intensywny zapach i wspaniały smak. Idealnie komponuje się z chlebem.

Kenneth lubi noc i nie ma ochoty wcześnie wstawać z łóżka. Ma około 60 lat, mieszka w Walii i żyje historią hippisów, której zakończenia nie może odżałować. W jego słowach czuć nostalgię i tęsknotę za tamtymi latami. Z przejęciem opowiada o guru, zespołach tamtych czasów i o mistycznych doświadczeniach, które mu się przytrafiły. Trochę wybrzydza przy kawie i chyba doprowadza tym kelnerów do sporego niezadowolenia. A to, że za słaba, a to znów że za mało, że za bardzo rozcieńczona – ale to poczciwy i sympatyczny człowiek. Opowiada, że kiedyś Maroko było inne, tańsze. Dziś ceny są europejskie, ale dla mnie jest wciąż tańsze niż Polska.

Cieszą mnie wspólne wypady na poranną kawę i śniadanie, popołudniowe posiłki, beztroskie polegiwanie na plaży, czytanie i słuchanie siebie na wzajem. Dobrze jest spotykać ludzi, z którymi można spędzić więcej czasu, poznać się, wymienić doświadczeniami, spostrzeżeniami. Czymże byłaby podróż bez tych wszystkich osób, które spotykamy po drodze? Samo zwiedzanie świata i chłonięcie jego piękna jest wspaniałe ale podróżowanie to również spotkania. To ludzie, którzy wskażą Ci drogę, podadzą dłoń, uśmiechną się, zaskoczą. Osoby, które sprawiają, że swoją podróż zapamiętujesz inaczej. A gdy wracasz do domu i kładziesz się do łóżka, okazuje się, że są w Twoich wspomnieniach i sprawiają, że masz ochotę się uśmiechnąć.

w diariuszu: (2012) Maroko | Liczba komentarzy - 1

Sidi Ifni

Sidi Ifni to małe, spokojne miasteczko. Rankiem z tarasu hoteliku można zobaczyć walczących z falami serferów, a z drugiej strony pustą, pnącą się na wzniesienie ulicę, po której przechadzają się psy i przeciągają koty. Minie jeszcze trochę czasu nim słońce oświetli drzwi domostw, a te otworzą się i ukażą się w nich mieszkańcy. Nocny wiatr ustał i dzień zapowiada się ciepły.

Okazuje się, że miejsce w namiocie dzielimy ze Sławkiem i Kennethem. Sławek rozpoznał, że jesteśmy z Polski po naszych śpiworach Yeti. Sam z resztą również taki posiada. Zamieniamy parę słów i dowiadujemy się, że śpiący jeszcze Kenneth, to hippis, który wybrał się po 35 latach w sentymentalną podróż do Maroka. Jeszcze będziemy mieli sporo czasu, by porozmawiać i wspólnie pójść na plażę. Póki co, w dwójkę udajemy się do pobliskiej kawiarenki na poranne café au lait. W miasteczku jest suk, na którym można kupić głównie owoce i warzywa, ale i sporo całkiem przypadkowych rzeczy z domostw sprzedających. Kupujemy pomarańcze, robimy kilka zdjęć z ukrycia, kilka oficjalnie – akurat osiołek jest naszym modelem.

Fotografowanie ludzi w Maroko to dla mnie wciąż trudny temat. Nie potrafię się przełamać i tak po prostu wycelować w kogoś aparatem. Z jednej strony szanuję ich prywatność i to, że nie chcą być fotografowani ale z drugiej – szkoda mi tych wspaniałych ujęć z rynków, ulic i zakamarków, w których aż prosi się o to, by wcisnąć spust migawki. Niestety zawsze kończy się to niepotrzebnymi gestami, słowami i wyraźnym niezadowoleniem. No cóż, chyba jednak będę musiał zrezygnować z tej formy fotografii. Na razie jednak siedzimy w kolejnej spokojnej knajpce, popijamy herbatę i przyglądamy się, jak na ulicy zaczyna tętnić życie. Ale takie niespieszne. Ludzie siedzą w cieniu drzew, rozmawiają przy kawie czy herbacie, krzątają się po rynku. Jest nawet sporo turystów, jednak miejscowi zdają się nie być jakoś bardzo nimi przejęci. Nie ma naganiaczy, nikt nie próbuje wcisnąć żadnego towaru, nie zaprasza do hotelu. Dobrze mi w tym miasteczku… tak spokojnie. Może nie jest najczyściej, ale spokój cenię sobie o wiele bardziej. Tutaj na południu to już inne Maroko. I co ciekawe, potwierdzają to nie tylko podróżujący. Zastanawiam się czy latem, gdy jest o wiele tłoczniej, również panuje tu taki klimat. Jakkolwiek… w tej chwili jest mi dobrze… odpoczywam.

w diariuszu: (2012) Maroko | Liczba komentarzy - 1

Nad oceanem

W wąwozie Dades odpocząłem. To ciche, piękne i czyste miejsce. Dlatego z lekką niepewnością jedziemy dalej. Taksówkarz, który wiezie nas  do Ouarzazate, rzadko kiedy spuszcza nogę z gazu i rękę z klaksonu. Rozpędził „beczkę” do granic jej wytrzymałości i złamał większość znanych mi przepisów obowiązujących na drodze. Plecaki, które mieliśmy przyczepione na dachu, na szczęście dojechały w całości. Z ulgą opuszczam pojazd i oddalam się od wyraźnie zdenerwowanego kierowcy.

Ouarzazate to miasteczko, w którym znajduje się studio filmowe, zajmujące się wieloma produkcjami filmowymi. Kręcono tu  między innymi  sceny do „Królestwa niebieskiego”, „Gladiatora”, „Legionisty”, „Asterixa i Kleopatry”. W poczekalni miejskiego dworca autobusowego czekają na turystów naganiacze i tabun majfrendów, którzy oferują dobrą cenę za bilet autobusowy. Również tutaj przyjmują nachalną formę sprzedaży, polegającą na wypisywaniu biletu, nim jeszcze dowie się, czy na sto procent chcemy jechać. Plan się nam nieco zmienił, bowiem zakładaliśmy przesiąść się od razu na autobus do Tiznitu, ale niestety żaden już nie jechał, wiec z przymusu zostaliśmy w miejscowym hotelu.

O 6 rano ruszamy do Inezgane, skąd łapiemy autobus do Tiznitu. Z Tiznitu jedziemy taksówką do Sidi Ifni. Trochę minęło, nim znalazł się jakiś kierowca, który zechciał tam jechać. Droga wiedzie wzdłuż wybrzeża i milo znów utopić wzrok w  oceanie. Przyjeżdżamy wieczorem, wynajmujemy miejsce w wieloosobowym namiocie na dachu i idziemy na kolację. Dziś próbuję ośmiornicy i stwierdzam, że jest to jedna z najsmaczniejszych potraw, jakie w życiu jadłem. W Sidi Ifni spędzimy kilka dni. W mieście można zobaczyć budowle w stylu art déco i architekturę kolonialną z lat trzydziestych XX wieku. Około 10 kilometrów na północ znajduje się plaża Legzira, na której woda wyżłobiła łuki w nadbrzeżnych górach. Chcę je zobaczyć. Póki co od oceanu nadciągnął potężny wiatr… a to podobno tutaj rzadkość.

w diariuszu: (2012) Maroko | Liczba komentarzy - 2

Zsuzsi i Roger

Rankiem w trójkę wybieramy się do Boumalne du Dades, większego miasteczka, gdzie korzystamy z hammamu. Hammam to łaźnia, do której miejscowi przychodzą się myć. Wydawać by się mogło, że to bardzo niehigieniczne. Jednak tak nie jest. Nie wiem, jak to wygląda w innych hammamach, ale ten jest dość ciemny, z kilkoma wlotami powietrza w suficie. Na ścianach są kafelki a podłoga jest podgrzewana. Wewnątrz panuje gorąc i wszystko tonie w parze… jak w saunie. Z kranu do niewielkiego basenu leci gorąca woda, którą napełnia się wiaderko wręczone przez odźwiernego. Woda z tego wiaderka oczyszcza się posadzkę, siada i dokonuje obumycia ciała swego za pomocą szorstkiej gąbki i mydła. Jeśli jest się tutaj w dwójkę, to drugi myje pierwszego, podczas gdy ten pierwszy leży na plecach lub na brzuchu. Oczywiście nie ma to żadnego podtekstu seksualnego. Po prostu mężczyzna myje mężczyznę… to normalne. Po takim myciu i wygrzaniu organizmu można zrelaksować się w drugim pomieszczeniu, które jest nieco chłodniejsze. Ja czuje się doskonale po takim zabiegu.

Spacerując po mieście poznajemy Zsuzsi i Rogera. Ona pochodzi z Transylwanii, on urodził się w Meksyku. Oboje mieszkają w Rumuni. Roger, wyglądem przypominający młodego Zbigniewa Hołdysa, jest fotografem. Jeździ po świecie i zarabia fotografując modę. Zsuzsi, dziewczyna o wyraźnie mrocznych klimatach, pisze artykuły po angielsku – nie wiem, na jaki temat. Przystają na naszą propozycję i zatrzymują się w hoteliku, w którym i my obecnie mieszkamy. Wyraźnie pozytywne osoby – szybko znajdujemy wspólny język. Wieczorem wspólnie wieczerzamy i posłuchujemy, jak Mustafa z kolegami grają na bębnach i czymś podobnym do gitary.

Kolejny poranek rozpoczynamy od  wspólnego spaceru w górę wąwozu. Tam się rozstajemy z Zsuzsi i Rogerem – postanawiają jeszcze tu zostać. My z Shaunem wracamy po plecaki i kompletnie zapchanym Mercedesem busem jedziemy do Boumalne du Dades. W Mercedesie naliczyliśmy 24 osoby. Ludzie upakowują się jak w Tetrisie. Pasażerowie siedzą sobie na kolanach, część stoi zgięta wpół, część kuca. Ja siedzę na połowie swojego lewego pośladka przy otwartych drzwiach, w których stoi jeden człowiek. Trzyma się czegoś na dachu… choć właściwie nie jestem tego pewny, bo jedną ręką pisze smsa a drugą liczy pieniądze. Allach jeden wie, jak on nie wypadł. Plecaki, wraz z innymi bagażami, mamy na dachu. Leżą luźno, ale tez nie spadły. W mieście rozstajemy się z Shaunem. To był miły, wspólnie spędzony czas. Shauna będę dobrze pamiętał. On wyrusza w góry, a my nad ocean, do Sidi Ifni.

w diariuszu: (2012) Maroko | Liczba komentarzy - 1

Wąwóz Dades

Ostatnią noc w Merzouga spędzamy na wydmach razem z Shaunem, Mahometem, Mustafą i innymi lokalnymi mieszkańcami wioski. Płonie ognisko, ktoś pali kif, ktoś pije wódkę. Próbuje… w smaku dobra, lekko owocowa, ale słabiutka. Nie dziwi mnie zatem fakt, że pijacy ją człowiek, którego imienia nie pamiętam, wciąż trzyma się na nogach, pomimo tego, że opróżnił niemal całą butelkę. Robimy trochę zdjęć, patrzymy w ogień, słuchamy Tinariwen. To malijska kapela, której wspaniale słucha się nie tylko na pustyni. W swoich tekstach często poruszają problematykę Tuaregów. Ta noc ma mistyczny klimat.

Rankiem przyjeżdża po nas Amar. Wraz z Shaunem jedziemy do Risani, gdzie Amar pokazuje nam rynek, na którym znajduje się parking dla osłów. Niestety pora jest wczesna i zamiast kilkuset zwierząt widzimy tylko kilka. Idziemy do „szalonego zielarza”, gdzie tradycyjnie jesteśmy częstowani herbatą, po której następuje prezentacja produktów. „Szalony zielarz” to człowiek, który podobno ma trochę pomieszane w głowie. Jakoś nie odniosłem takiego wrażenia. Kupujemy kmin rzymski, który ma podobno przynieść ulgę w problemach żołądkowych, i mydło do hammamu. Mydło to jest substancją o konsystencji i wyglądzie smaru do śrub, ale w rzeczywistości są to resztki pozostałe po wytłoczeniu oliwy z oliwek. Potem jedziemy do Erfoud, żegnamy się z Amarem, który zabrał jeszcze dywan do prezentacji, bierzemy taksówkę i jedziemy do Errachidija. Idziemy do rodziców Mustafy, gdzie Shaun ma swoje rzeczy potrzebne na wyprawę w góry. Miły ojciec i jeszcze milsza matka częstują nas herbatą. Artur próbuje rozmawiać po francusku z ojcem, ale ten nie za bardzo to rozumie. W każdym razie… jakoś, dowiadujemy się, że fałszywi naciągacze i przewodnicy, a także złodzieje, którzy okradają turystów, nie mają łatwo, jeśli wpadną w ręce policji. Ponoć król wprowadził wysokie kary za czynienie zła turyście. I dobrze uczynił. Żegnamy się z rodzicami Mustafy i autobusem jedziemy do wąwozu Dades.

Wąwóz Dades to niezwykłe miejsce. Pełne starych kasb i wiosek w kolorach gór. Domostwa często zlewają się z tłem, bowiem zrobione są z materiału dostępnego tuż za wioską. Po obu stronach drogi piętrzą się niezwykłe formacje skalne. Trudno je nawet opisać, w tak przeróżnych są kształtach. Niestety nie mamy szczęścia sfotografować ich w całej okazałości, bo niebo jest całkiem zachmurzone i światło nie wydobywa żadnej ich faktury. Szkoda. Śpimy w hoteliku, w którym przebywał już ongiś Shaun. Mustafa z Merzouga zadzwonił tutaj, by wynegocjować nam niższą cenę. Pracujący tutaj człowiek, również Mustafa, to znany w okolicy muzyk, który gra na instrumencie podobnym do gitary. I zaiste robi to doskonale. Tutaj, relaksując się całkowicie, odpoczniemy w towarzystwie gór.

w diariuszu: (2012) Maroko | Liczba komentarzy - 1

Berberyjski telefon

Dzisiejszy dzień spędzamy z Shaunem i Amarem. Po śniadaniu złożonym z chleba, oliwy z oliwek z dodatkiem syropu z daktyli, dżemu pomarańczowego, sera i kawy, Amar zabiera nas samochodem do studni, w której jest woda znaleziona przy pomocy różdżki. Potem jedziemy do wioski, w której żyje lud Gnawa. To potomkowie niewolników z Afryki Subsaharyjskiej, którzy przybyli tu z karawanami. W wiosce można zobaczyć kilkuosobową grupę śpiewających i grających Gnawa. W zamian za to kupuje się płytę albo zostawia pieniądze. To ich sposób zarabiania na życie.

Amar jest Berberem i prowadzi sklep. Ma w nim dywany i inne ciekawe, ręcznie robione rzeczy. Można tu zatem znaleźć różnego rodzaju gliniane naczynia, plecionki, bukłaki z koziej skóry, maski, skamieniałości z pustyni a nawet niemal skamieniałe już, zdobione drzwi z żydowskiej kasby. Po prostu bogactwo przeróżnych przedmiotów. Po prezentacji towarów i tradycyjnym targowaniu się siadamy do wspólnego tadżina.

Targowanie się to ważna tradycja u wielu sprzedawców w Maroko. Nie we wszystkich sklepach jest to praktykowane, ale jeśli już jest, to ma to na celu chyba jakiś lepszy kontakt z kupującym. Sprzedawca zawsze podaje wygórowaną cenę. Proponując własną ofertę, trzeba uważać, żeby nie podać zbyt niskiej  ceny, bo to może urazić naszego sprzedawcę. Z reguły pertraktacje kończą się na około 60% początkowej ceny. Ale pewnie jeśli ktoś jest dobry w tego typu negocjacjach, to wytarguje i niższą cenę. Co ciekawe, można też wymieniać różne towary, nie tylko pieniądze. Czasem, jeśli obie strony nie dochodzą do porozumienia, to robi się herbatę i pertraktacje trwają do skutku. Często sprzedawca obniża jeszcze nieco cenę, ale w zamian oczekuje „berberyjskiego telefonu”. To po prostu reklama. Prosi, byś o nim, jego sklepie i towarach opowiedział dalej. To ciekawa tradycja. Miedzy sprzedającym a kupującym wytwarza się specyficzna więź. I coś w tym zaiste jest. Doprawdy mam ochotę wrócić do sklepu Amara i znów poogladać jego dywany, napić się herbaty i po prostu coś kupić. Ktoś powie – wyrafinowana forma sprzedaży… manipulacja – może tak, może nie… nie wiem. Ale jest w tym jakieś misterium. Takiej wizyty nie zapominasz.

w diariuszu: (2012) Maroko | Liczba komentarzy - 1

Shaun

Oczy Shauna są niezwykle przenikliwe. Przyciągają wzrok i ciężko się od nich odwrócić. Niebiesko – szare, głęboko osadzone w wyrazistej, z mocno zarysowanymi liniami, szorstkiej od kilkudniowego zarostu twarzy. Od razu widać, że to twardy człowiek. Od 10 lat przyjeżdża do Maroka, by zimą chodzić po Atlasie. Wiele razy wszedł na Dżabal Tubkal, najwyższy szczyt Maroka, Atlasu i Afryki Północnej. Skakał też na spadochronie, zna techniki przetrwania i wie, jak rozmawiać z miejscowymi a szczególnie z fałszywymi przewodnikami. Marzy o tym, żeby zamieszkać w Merzouga i ma nawet upatrzony dom. Pochodzi z Manchesteru i ma własną firmę, w której zajmuje się różnymi pracami związanym z obróbką drewna. Jest przy tym wszystkim bardzo miły i zabawny. To taki człowiek, który swoją osobą sprawia, że czuję się przy nim bezpiecznie. Niestety, ma zbyt trudny dla mnie akcent i ciężko mi przychodzi porozumiewanie się z nim. Na szczęście wykazuje się sporą dozą cierpliwości, kiedy usiłuję go zrozumieć i poskładać kilka zdań w swoim łamanym angielskim. Następne kilka dni spędzimy razem.

w diariuszu: (2012) Maroko | Liczba komentarzy - 1

Pustynia

Shaun dzwoni po drodze do swego przyjaciela Mustafy i oznajmia mu, że mamy zamiar w trójkę wynająć pokoje w hotelu, w którym pracuje Mustafa. Ten organizuje transport i wraz z Amarem, kolejnym przyjacielem Shauna, czekają na nas na dworcu w Merzouga. Po wylewnym przywitaniu wsiadamy do białej Daci i drogą przez całkowicie ciemną pustynię jedziemy dwa kilometry do hotelu. Tam czeka już na nas Mahomet, który szykuje tadżina. Zamiast pokoju wynajmujemy berberyjski namiot. Ściany wykonane są z gliny i ze słomy a zadaszenie z koca. Śpimy na grubych materacach a do dyspozycji mamy jeszcze po dwa koce z wielbłądziej wełny. Noce są zimne, więc na pewno się przydadzą. Jest ciemno, więc na razie nie możemy zobaczyć pustyni, ale Shaun zapewnia nas, że rano będziemy w szoku. I rzeczywiście. O wschodzie słońca wychodzę z namiotu i za murkiem okalającym hotel, ukazują mi się wydmy i palmy. Piaszczyste wydmy to tylko około 20% całej Sahary. My jesteśmy akurat przy wydmach, ale po drugiej stronie wioski jest już hamada – pustynia kamienista.

Czas mija nam raczej spokojnie i bez pośpiechu. Chodzimy po wydmach, spacerujemy po wiosce, robimy zdjęcia, rozmawiamy z Shaunem. Pustynia jest i piękna i przerażająca. Wychodząc kawałek w głąb nie trudno się zgubić. Nagle wszystkie wydmy wyglądają tak samo, palmy na horyzoncie zbijają się w jeden mur, a gdy zapada zmrok można całkowicie stracić orientację. Ale prawdę mówią Ci, którzy byli tu i doświadczyli pustyni – miejsce jest piękne i siedząc na piasku można oddać się  pełnemu zamyśleniu. O wschodzie jest tak cicho… słychać tylko ptaki i wiatr. Z jednej strony to tylko połać piasku, ale z drugiej… gdyby być tu dłużej, idealne miejsce do duchowej odnowy. Nie dziwi zatem fakt, że to pustynia stała się miejscem ucieczki od świata dla tych, którzy lepiej chcieli poznać i doświadczyć Boga. Któregoś dnia wyruszę dalej, tam gdzie już nie widać palm i nie ma śladu butów. Będę tylko ja, Bóg i pustka. Amen.

w diariuszu: (2012) Maroko | Zostaw komentarz

Transport publiczny

Z Mulaj Idris, z zamiarem zobaczenia lasów cedrowych i makaków, jedziemy do Azrou. Cały czas jednak pada i jest bardzo zimno, zatem rano postanawiamy udać się na południe, na Saharę. Oczekując na autobus do Errachidija poznajemy Ahmeda i Shouna. Informują nas, że wczoraj przełęcze były zasypane śniegiem i autobusy nie jechały. Na razie nie wiadomo, czy dziś jakiś przyjedzie. A nawet jeśli przyjedzie, to może nie być w nim wolnych miejsc. Razem z Shounem i Ahmedem postanawiamy więc jechać taksówką do oddalonego o 95 kilometrów przelotowego miasteczka Zeida. Nim odjedziemy, musimy poczekać aż zbierze się komplet pasażerów do taksówki. Cena rozkłada się wtedy na wszystkich i wychodzi mniej więcej tyle samo co za autobus. Niebawem zjawiają się dwie kobiety i możemy już jechać. Siedem osób w pięcioosobowym Mercedesie „beczce” to tutaj normalna ilość. My czterej z tyłu, kobiety i kierowca z przodu. Okazuje się, że czasem zabiera się jeszcze ósmego pasażera, który siedzi po lewej stronie kierowcy. A jeśli „beczka” jest w wersji kombi, to i na tył wejdzie kilka osób. Ale na szczęście my jedziemy w siódemkę. Kierowca odpala i ruszamy. Wjeżdżamy jeszcze na stację benzynową i tu zauważam, że można tankować i dolewać oleju na zapalonym silniku. Nie wydaje mi się to do końca bezpieczne, ale nie wnikam. W końcu nie znam się na samochodach.

Jedziemy. Wjeżdżamy na nieco ponad 1860 metrów n.p.m. Przełęcz jest przejezdna, dookoła drogi pełno śniegu, błękitne niebo i piękne góry. Mijamy przełęcz, kierowca rozpędza Mercedesa – trudno stwierdzić do jakiej prędkości, bo nie działa prędkościomierz. Nie działa również zegar a także wskazówka od poziomu paliwa. Sądzę, że nie działa również ogrzewanie, bowiem wewnątrz jest tak zimno, jak na zewnątrz. Z resztą działające ogrzewanie i tak nic by nie pomogło bo kierowca ma niemal całkowicie otwarte okno. Dojeżdżamy do Zeida i czekamy na autobus. Za jakiś czas powinien przyjechać.

Ahmed musi tutaj zostać, a my z Shaunem jedziemy dalej. Opowiada nam jeszcze historię, jak kierowca autobusu wziął owcę do luku bagażowego i zgubił ją jakoś po drodze. Musiał za to zapłacić spore pieniądze. Przyjeżdża nasz autobus, ładujemy bagaże – wierzę, że się nie zgubią – i pakujemy się do środka. Autobus jest kompletnie zapchany. U przewoźników prywatnych to normalne, że sprzedają bilety nawet wtedy, gdy nie ma już wolnych miejsc. Potem martwią się jak ulokować pasażera. Ruszamy zatem do Errachidija. Ludzie siedzą w przejściu na plastikowych skrzynkach, część stoi. Nam udało się dostać miejsca siedzące. Po drodze następuje dość spora rotacja pasażerów. Ktoś wysiada, niektórzy wstają z podłogi i zajmują ich miejsca… kilka osób wsiada, może znajdą miejsca. Obok mnie wymiotuje dziecko.  Dojeżdżamy. Na autobus do Merzougi musimy poczekać. Będzie o 18:30. Przyjeżdża godzinę później, ale za to jest ogrzewany.

Transport w Maroko, oprócz pociągów, jest dość chaotyczny. Odjazdy autobusów chyba nigdy nie są punktualne. Mocno denerwujący są ludzie, którzy chcą Ci usilnie sprzedać bilet. Dość często robią to po prostu bardzo niegrzecznie. Trzeba zachować stalowe nerwy i nie dać po sobie poznać, że to bardzo irytujące. Taksówki to gniecenie się z kilkoma ludźmi wewnątrz samochodu o mocno wątpliwym stanie jakości. Często zastanawiam się, czy kierowca jest świadom tego, że bierze odpowiedzialność za swoich pasażerów. Póki co jedziemy dalej. Z ciekawymi doświadczeniami, ale do przodu.

w diariuszu: (2012) Maroko | Liczba komentarzy - 2

Miejsce święte

Meknes. Tłumy, zakorkowane miasto, klaksony, syf pod nogami, wszędzie ośli kał i mnogość majfrendów. Przynajmniej nikt nie proponuje haszyszu. Idziemy do hotelu. Zwyczajem już bierzemy jeden z najtańszych. W poprzednich, za niską cenę, dostawaliśmy skromne pokoiki z dość przyzwoitymi warunkami sanitarnymi. W tym, za równie małą cenę, dostajemy pokój, który powinien być odnotowany na liście najbrzydszych pokoi hotelowych. Śmierdzi w nim łazienką – być może kiedyś nią był, bo pod ścianą stoi ordynarnie zamontowana umywalka z ohydnymi kafelkami dookoła. Podłoga jest brudna, nie ma śmietnika, a na oknie zamontowano kratę. Jest mocno powyginana, jakby ktoś chciał stąd uciec. Co ciekawe i chyba dość osobliwe, wyłącznik od światła znajduje się na zewnątrz, na korytarzu. Ktoś powie – a czego się spodziewałeś za 120 Dh? Nie mam wygórowanych oczekiwań, nie potrzebuję luksusów i nie boję się trudnych warunków. Ale to po prostu źle świadczy o tym miejscu. Tym bardziej, że za tą cenę spaliśmy w hotelach skromnych, ale czystych. No nic, rano ruszamy dalej.

Jedziemy do Mulaj Idris. To jedno z najważniejszych miejsc dla muzułmanina. W mieście pochowany jest Idris I, który był prawnukiem Mahometa, a uciekając w 787 roku z Mekki przed prześladowaniami ze strony Abbasydów, zaszczepił na tych ziemiach islam. Kiedyś niemuzułmanom nie wolno było wchodzić do tego miasta. Od pierwszej połowy XX wieku zakaz ten nie obowiązuje, jednak do samej świątyni wchodzić nam nadal nie wolno. Świątynia ta jest również miejscem, do którego muzułmanin może pielgrzymować pięć razy, jeśli nie może z jakiegoś powodu odbyć pielgrzymki do Mekki, która jest jednym z pięciu filarów islamu.

Zaraz po wyjściu  z autobusu podchodzi do nas człowiek w kapeluszu i proponuje hotel. Zbijamy cenę do 100 Dh za osobę i dostajemy czysty pokoik, śniadanie i ciepłe prysznice. Da się? No jednak się da. Potem spacerkiem ruszamy do Volubilis – najlepiej zachowanych ruin rzymskich w Maroku. Pierwsze ślady człowieka pochodzą tu z III wieku p.n.e a największy rozkwit miasta przypadał na I-III wiek n.e. Wewnątrz zobaczyć można łuk tryumfalny, mury domostw, kapitol i liczne mozaiki. Całość jest ogromna. Nad nami wiszą ciężkie, ciemne chmury i grzmi. Jest mroczny klimat i każdy kamień opowiada swoją historię.

Wracamy do Mulaj Idris i z pomocą tutejszego mieszkańca wychodzimy na szczyt medyny, by zobaczyć dachy świątyni. Po drodze mijamy jedyny w Maroku okrągły meczet. Z góry niewiele widać, jedynie zielone dachy świętego miejsca, ale część miasta, zbudowanego na dwóch wzniesieniach, pięknie maluje się na tle gór. Na niebie… cieniutki sierp księżyca.

w diariuszu: (2012) Maroko | Zostaw komentarz

Marokańskie dziadostwo

Spora część dochodów Maroko zawdzięcza turystyce. Zastanawiam się, czym kraj kusi turystów i w jaki sposób robi to tak skutecznie. Od dwóch tygodni jesteśmy w drodze i mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony piękna natura, pyszne jedzenie, kolorowe medyny i zabytki wpisane na listę UNESCO. Z drugiej zaś strony kompletny syf i dziadostwo.

Śmieci są wszędzie, o tym już wspominałem. Pominę już wsie i małe miasteczka, które wręcz są nimi zasypane, ale w miastach obserwuję ciekawe zjawisko. Jest bardzo mało koszy na śmieci. Jeśli już nawet są, to miejscowy i tak nie pofatyguje się do niego 5 kroków, tylko walnie śmieciem pod nogi. I nie ważne czy jest to skórka z pomarańczy, butelka po wodzie czy stara gazeta. Nie ważne też gdzie stoi – na ulicy, na chodniku czy w autobusie. Jedynie w pociągach nie zauważyłem takiego zachowania. Jeśli chodzi o medyny, w których byliśmy, to tylko w Asilah nie widziałem ugnojonych ulic. Tam burmistrz uparł się, że śmieci nie będzie. I nie ma.

Autobusy prywatnych przewoźników to też ciekawy temat. Kupujemy bilet do miejsca docelowego, wsiadamy i jedziemy. W pewnym momencie w czasie przejazdu do kilku osób podchodzi jegomość obsługujący pasażerów i oznajmia, że ten autobus pojedzie jednak gdzie indziej. Wręcza bilety na inny i każe czekać na kolejny autobus na najbliższym dworcu. W kolejnym trzeba zapłacić za bagaż… drugi raz. W Maroko bowiem w cenę biletu autobusowego nie wlicza się przewóz bagażu. Artur zaprotestował, więc wnioskuję, że to raczej kolejna okazja do zdarcia pieniędzy a cena 5-10 Dh jest raczej umowna.

Zawyżanie cen to chyba standard. W małym miasteczku normalna cena za tadżina to 25-35 Dh. W miejscach częściej odwiedzanych przez podróżnych, to już 40-50 Dh. Jeśli na wstępie, gdy kelner pokazuje menu (zazwyczaj jeszcze przed lokalem), da mu się do zrozumienia, że chyba z tą ceną nieco przesadził, to opamiętuje się i mówi, że „dla nas 30″. Odnoszę wrażenie, że Marokańczycy po prostu wykorzystują naiwność ludzką. O tyle jest dobrze, że można się z nimi targować. W Polsce albo kupujesz, albo nie.

Może dla kogoś, kto przyjeżdża tu z biurem turystycznym i ma obwoźną wycieczkę po najciekawszych miejscach kraju, nie jest to problemem. Może nie jest to też problemem dla tych, którzy przyjechali na dwa tygodnie i zatrzymali się w jakimś nadmorskim albo górskim kurorcie. Jednak jadąc przez kraj, poznając nieco ludzi i ich kulturę, dochodzę do wniosku, że zachowanie miejscowych jest dla mnie całkowicie odpychające i wcale nie powoduje u mnie zachwytu.

w diariuszu: (2012) Maroko | Zostaw komentarz

Ciemność

Odkręcając kurek z ciepłą wodą, rzadko zastanawiam się nad tym, jak wielkie to udogodnienie. Jakże wygodnie jest nalać sobie ciepłej wody do wanny i relaksująco się w niej położyć. Tutaj w górach, gdzie prysznic to osobne pomieszczenie z wiaderkiem, zaczynam doceniać ten luksus. Z drugiej strony odrobina trudniejszych warunków mnie, mieszczuchowi, nie zaszkodzi. Ostatecznie pozwala to spojrzeć na wiele spraw z innej strony. Na przykład światło. W mieście, gdy zapada zmrok, po prostu je włączam. Tutaj działa przez chwilę dzięki bateriom słonecznym. Kogo stać, to ma. Kiedy jednak światło gaśnie, zapada prawdziwa ciemność. Nie taka, jak w mieście, gdy w elektrowni wyłączą prąd. Zawsze jakieś światło widać a niebo rozświetlone jest blaskiem światła od innych miast. Tutaj tego nie ma. Jest tylko czerń dookoła i miliony gwiazd nad głową. Jest ich tak dużo, że ciężko rozpoznać nawet znane konstelacje.

Dzisiejszy dzień rozpoczynamy od śniadania złożonego z produktów domowej roboty naszego gospodarza. Mamy zatem chleb i owcze masło, miód, oliwę z oliwek, jajka, kawę, herbatę i owcze mleko. Po śniadaniu ruszamy szlakiem do Akszur. Szlak to po prostu co jakiś czas znaczone żółtą farbą kamienie. Niestety owe oznaczenia szybko się kończą a to zostawia nas w dość niepewnej sytuacji. Wychodzimy na wzniesienie i w okolicznych domach zasięgamy informacji o kierunku. A potem spotykamy ludzi, którzy budują w górach drogę i od nich dowiadujemy się, że przejazd do Bab Taza, gdzie ostatecznie chcieliśmy dojść, jest zasypany śniegiem. Pozostaje nam zatem powrót. Droga powrotna do Azilane i dalej na przełęcz, to brodzenie w błocie i śniegu, więc ostatecznie decydujemy się zaczekać na przejeżdżającego jeepa. Doczekanie się jednak tutaj na jakikolwiek samochód to prawdziwa szkoła cierpliwości. Zapada zmrok, rozpalamy więc ognisko i gotujemy na nim wodę na herbatę, zjadamy resztki chleba i rozbijamy namiot. Do ogniska przychodzą miejscowi, żeby się ogrzać i trochę z nami pogadać. Rozmowa niestety ogranicza się do kilku słów po arabsku z ich strony i do kilku słów po francusku z naszej. Ostatecznie w milczeniu siedzimy zapatrzeni w ogień. Gdy odchodzą, życzymy sobie dobrej nocy. Patrzymy jeszcze w gwiazdy a niebawem i my zasypiamy w całkowitej ciemności. Słychać jeszcze jakiś generator z miejsca pracy robotników i szczekające psy.

w diariuszu: (2012) Maroko | Zostaw komentarz

Off-road

Przewodnik Lonely Planet podaje, że z Szefszawan, przez przełęcz na wysokości 1800 m n.p.m, do Azilan wiedzie około 6 godzinny szlak. Wybraliśmy się zatem wgłąb gór Rif. Albo ktoś, coś pomylił, albo nie wziął pod uwagę podróżnych z 20 kg plecakami, bowiem po 5 godzinach drogi nie doszliśmy nawet do przełęczy. Droga, którą wędruje się pośród gór jest też drogą dla traktorów i samochodów z napędem na 4 koła. Cały czas wspina się w górę i nawet przejeżdżającym czasem terenowym samochodom jest ciężko. Przyznać muszę, że po 5 godzinach dreptania z plecakiem pod górę, po prostu wymiękam.

W końcu stwierdzamy, że przełęcz jest zbyt odległa i zatrzymujemy przejeżdżającego jeepa. Zabieramy się z młodym Marokańczykiem i ubłoconym Land Roverem jedziemy na przełęcz. Droga jest ciężka, grząska od błota i zaśnieżona. To po prostu off-road. Sporo jeszcze jedziemy nim docieramy na przełęcz. Na górze pięknie widać szczyty skąpane w złotym kolorze zachodzącego słońca. Po drodze zabieramy jeszcze przyjaciół naszego kierowcy – piątkę myśliwych, którzy ze strzelbami władowali się na pakę jeepa. O zmroku docieramy do Azilane. Jest zimno i z przyjemnością zasiadamy, z herbatą w rękach, przy kominku w skromnym hoteliku. Gości nas starszy jegomość w czapce, który cały czas kłóci się z kimś z rodziny.

Nocą wychodzimy jeszcze na taras, by spojrzeć w niebo i ujrzeć przepiękny nocny nieboskłon. Tu widać doskonale, że jesteśmy częścią Kosmosu.

w diariuszu: (2012) Maroko | Zostaw komentarz