Miejsce święte

Meknes. Tłumy, zakorkowane miasto, klaksony, syf pod nogami, wszędzie ośli kał i mnogość majfrendów. Przynajmniej nikt nie proponuje haszyszu. Idziemy do hotelu. Zwyczajem już bierzemy jeden z najtańszych. W poprzednich, za niską cenę, dostawaliśmy skromne pokoiki z dość przyzwoitymi warunkami sanitarnymi. W tym, za równie małą cenę, dostajemy pokój, który powinien być odnotowany na liście najbrzydszych pokoi hotelowych. Śmierdzi w nim łazienką – być może kiedyś nią był, bo pod ścianą stoi ordynarnie zamontowana umywalka z ohydnymi kafelkami dookoła. Podłoga jest brudna, nie ma śmietnika, a na oknie zamontowano kratę. Jest mocno powyginana, jakby ktoś chciał stąd uciec. Co ciekawe i chyba dość osobliwe, wyłącznik od światła znajduje się na zewnątrz, na korytarzu. Ktoś powie – a czego się spodziewałeś za 120 Dh? Nie mam wygórowanych oczekiwań, nie potrzebuję luksusów i nie boję się trudnych warunków. Ale to po prostu źle świadczy o tym miejscu. Tym bardziej, że za tą cenę spaliśmy w hotelach skromnych, ale czystych. No nic, rano ruszamy dalej.

Jedziemy do Mulaj Idris. To jedno z najważniejszych miejsc dla muzułmanina. W mieście pochowany jest Idris I, który był prawnukiem Mahometa, a uciekając w 787 roku z Mekki przed prześladowaniami ze strony Abbasydów, zaszczepił na tych ziemiach islam. Kiedyś niemuzułmanom nie wolno było wchodzić do tego miasta. Od pierwszej połowy XX wieku zakaz ten nie obowiązuje, jednak do samej świątyni wchodzić nam nadal nie wolno. Świątynia ta jest również miejscem, do którego muzułmanin może pielgrzymować pięć razy, jeśli nie może z jakiegoś powodu odbyć pielgrzymki do Mekki, która jest jednym z pięciu filarów islamu.

Zaraz po wyjściu  z autobusu podchodzi do nas człowiek w kapeluszu i proponuje hotel. Zbijamy cenę do 100 Dh za osobę i dostajemy czysty pokoik, śniadanie i ciepłe prysznice. Da się? No jednak się da. Potem spacerkiem ruszamy do Volubilis – najlepiej zachowanych ruin rzymskich w Maroku. Pierwsze ślady człowieka pochodzą tu z III wieku p.n.e a największy rozkwit miasta przypadał na I-III wiek n.e. Wewnątrz zobaczyć można łuk tryumfalny, mury domostw, kapitol i liczne mozaiki. Całość jest ogromna. Nad nami wiszą ciężkie, ciemne chmury i grzmi. Jest mroczny klimat i każdy kamień opowiada swoją historię.

Wracamy do Mulaj Idis i z pomocą tutejszego mieszkańca wychodzimy na szczyt medyny, by zobaczyć dachy świątyni. Po drodze mijamy jedyny w Maroku okrągły meczet. Z góry niewiele widać, jedynie zielone dachy świętego miejsca, ale część miasta, zbudowanego na dwóch wzniesieniach, pięknie maluje się na tle gór. Na niebie pojawił się cieniutki sierp księżyca.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Zostaw komentarz

Marokańskie dziadostwo

Spora część dochodów Maroko zawdzięcza turystyce. Zastanawiam się, czym kraj kusi turystów i w jaki sposób robi to tak skutecznie. Od dwóch tygodni jesteśmy w drodze i mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony piękna natura, pyszne jedzenie, kolorowe medyny i zabytki wpisane na listę UNESCO. Z drugiej zaś strony kompletny syf i dziadostwo.

Śmieci są wszędzie, o tym już wspominałem. Pominę już wsie i małe miasteczka, które wręcz są nimi zasypane, ale w miastach obserwuję ciekawe zjawisko. Jest bardzo mało koszy na śmieci. Jeśli już nawet są, to miejscowy i tak nie pofatyguje się do niego 5 kroków, tylko walnie śmieciem pod nogi. I nie ważne czy jest to skórka z pomarańczy, butelka po wodzie czy stara gazeta. Nie ważne też gdzie stoi – na ulicy, na chodniku czy w autobusie. Jedynie w pociągach nie zauważyłem takiego zachowania. Jeśli chodzi o medyny, w których byliśmy, to tylko w Asilah nie widziałem ugnojonych ulic. Tam burmistrz uparł się, że śmieci nie będzie. I nie ma.

Autobusy prywatnych przewoźników to też ciekawy temat. Kupujemy bilet do miejsca docelowego, wsiadamy i jedziemy. W pewnym momencie w czasie przejazdu do kilku osób podchodzi jegomość obsługujący pasażerów i oznajmia, że ten autobus pojedzie jednak gdzie indziej. Wręcza bilety na inny i każe czekać na kolejny autobus na najbliższym dworcu. W kolejnym trzeba zapłacić za bagaż… drugi raz. W Maroko bowiem w cenę biletu autobusowego nie wlicza się przewóz bagażu. Artur zaprotestował, więc wnioskuję, że to raczej kolejna okazja do zdarcia pieniędzy a cena 5-10 Dh jest raczej umowna.

Zawyżanie cen to chyba standard. W małym miasteczku normalna cena za tadżina to 25-35 Dh. W miejscach częściej odwiedzanych przez podróżnych, to już 40-50 Dh. Jeśli na wstępie, gdy kelner pokazuje menu (zazwyczaj jeszcze przed lokalem), da mu się do zrozumienia, że chyba z tą ceną nieco przesadził, to opamiętuje się i mówi, że „dla nas 30″. Odnoszę wrażenie, że Marokańczycy po prostu wykorzystują naiwność ludzką. O tyle jest dobrze, że można się z nimi targować. W Polsce albo kupujesz, albo nie.

Może dla kogoś, kto przyjeżdża tu z biurem turystycznym i ma obwoźną wycieczkę po najciekawszych miejscach kraju, nie jest to problemem. Może nie jest to też problemem dla tych, którzy przyjechali na dwa tygodnie i zatrzymali się w jakimś nadmorskim albo górskim kurorcie. Jednak jadąc przez kraj, poznając nieco ludzi i ich kulturę, dochodzę do wniosku, że zachowanie miejscowych jest dla mnie całkowicie odpychające i wcale nie powoduje u mnie zachwytu.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Zostaw komentarz

Ciemność

Odkręcając kurek z ciepłą wodą, rzadko zastanawiam się nad tym, jak wielkie to udogodnienie. Jakże wygodnie jest nalać sobie ciepłej wody do wanny i relaksująco się w niej położyć. Tutaj w górach, gdzie prysznic to osobne pomieszczenie z wiaderkiem, zaczynam doceniać ten luksus. Z drugiej strony odrobina trudniejszych warunków mnie, mieszczuchowi, nie zaszkodzi. Ostatecznie pozwala to spojrzeć na wiele spraw z innej strony. Na przykład światło. W mieście, gdy zapada zmrok, po prostu je włączam. Tutaj działa przez chwilę dzięki bateriom słonecznym. Kogo stać, to ma. Kiedy jednak światło gaśnie, zapada prawdziwa ciemność. Nie taka, jak w mieście, gdy w elektrowni wyłączą prąd. Zawsze jakieś światło widać a niebo rozświetlone jest blaskiem światła od innych miast. Tutaj tego nie ma. Jest tylko czerń dookoła i miliony gwiazd nad głową. Jest ich tak dużo, że ciężko rozpoznać nawet znane konstelacje.

Dzisiejszy dzień rozpoczynamy od śniadania złożonego z produktów domowej roboty naszego gospodarza. Mamy zatem chleb i owcze masło, miód, oliwę z oliwek, jajka, kawę, herbatę i owcze mleko. Po śniadaniu ruszamy szlakiem do Akszur. Szlak to po prostu co jakiś czas znaczone żółtą farbą kamienie. Niestety owe oznaczenia szybko się kończą a to zostawia nas w dość niepewnej sytuacji. Wychodzimy na wzniesienie i w okolicznych domach zasięgamy informacji o kierunku. A potem spotykamy ludzi, którzy budują w górach drogę i od nich dowiadujemy się, że przejazd do Bab Taza, gdzie ostatecznie chcieliśmy dojść, jest zasypany śniegiem. Pozostaje nam zatem powrót. Droga powrotna do Azilane i dalej na przełęcz, to brodzenie w błocie i śniegu, więc ostatecznie decydujemy się zaczekać na przejeżdżającego jeepa. Doczekanie się jednak tutaj na jakikolwiek samochód to prawdziwa szkoła cierpliwości. Zapada zmrok, rozpalamy więc ognisko i gotujemy na nim wodę na herbatę, zjadamy resztki chleba i rozbijamy namiot. Do ogniska przychodzą miejscowi, żeby się ogrzać i trochę z nami pogadać. Rozmowa niestety ogranicza się do kilku słów po arabsku z ich strony i do kilku słów po francusku z naszej. Ostatecznie w milczeniu siedzimy zapatrzeni w ogień. Gdy odchodzą, życzymy sobie dobrej nocy. Patrzymy jeszcze w gwiazdy a niebawem i my zasypiamy w całkowitej ciemności. Słychać jeszcze jakiś generator z miejsca pracy robotników i szczekające we wsi psy.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Zostaw komentarz

Off-road

Przewodnik Lonely Planet podaje, że z Szefszawan, przez przełęcz na wysokości 1800 m n.p.m, do Azilan wiedzie około 6 godzinny szlak. Wybraliśmy się zatem wgłąb gór Rif. Albo ktoś, coś pomylił, albo nie wziął pod uwagę podróżnych z 20 kg plecakami, bowiem po 5 godzinach drogi nie doszliśmy nawet do przełęczy. Droga, którą wędruje się pośród gór jest też drogą dla traktorów i samochodów z napędem na 4 koła. Cały czas wspina się w górę i nawet przejeżdżającym czasem terenowym samochodom jest ciężko. Przyznać muszę, że po 5 godzinach dreptania z plecakiem pod górę, po prostu wymiękam.

W końcu stwierdzamy, że przełęcz jest zbyt odległa i zatrzymujemy przejeżdżającego jeepa. Zabieramy się z młodym Marokańczykiem i ubłoconym Land Roverem jedziemy na przełęcz. Droga jest ciężka, grząska od błota i zaśnieżona. To po prostu off-road. Sporo jeszcze jedziemy nim docieramy na przełęcz. Na górze pięknie widać szczyty skąpane w złotym kolorze zachodzącego słońca. Po drodze zabieramy jeszcze przyjaciół naszego kierowcy – piątkę myśliwych, którzy ze strzelbami władowali się na pakę jeepa. O zmroku docieramy do Azilane. Jest zimno i z przyjemnością zasiadamy, z herbatą w rękach, przy kominku w skromnym hoteliku. Gości nas starszy jegomość w czapce, który cały czas kłóci się z kimś z rodziny.

Nocą wychodzimy jeszcze na taras, by spojrzeć w niebo i ujrzeć przepiękny nocny nieboskłon. Tu widać doskonale, że jesteśmy częścią Kosmosu.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Zostaw komentarz

Best kłalyti, gut prajs majfrend

Z Asilah jedziemy pociągiem do Tangeru a potem autobusem do Szefszawan. Droga wiedzie pośród gór, które z każdym kilometrem stają się bardziej imponujące. Podług przewodnika, w Szefszawan znajduje się jedna z najpiękniejszych medyn. I rzeczywiście, jest piękna, stwierdzam, gdy dojeżdżamy. Wąskie uliczki w błękitnych kolorach robią wrażenie. Ale jest tu też bardzo wielu ludzi. Znów zgadują skąd jesteśmy, zapraszają do restauracji, proponują haszysz. Jestem tym bardzo zmęczony. Wynajmujemy pokój z tarasem w hotelu, z którego widać dachy domostw niemal całej medyny. Dookoła piętrzą się góry a na ich tle malują się białe meczety. Pięknie zachodzi słońce barwiąc niebo na krwawą czerwień.

Drugi dzień w Szefszawanie zaczynamy śniadaniem przygotowanym dla nas przez gospodarza hotelu. Potem ruszamy na poszukiwania map i informacji o trekkingu w górach. Nie wiele znajdujemy, ale przekonujemy się o tym, jak przykry może być „majfrend”. Jeden z proponujących nam haszysz sprzedawców wkurzył się naszą odmową i zaczął wyzywać nas od żydów. Trudno stwierdzić na pewno, ale wnioskuję, że miano „żyd” jest tutaj obraźliwe. Ciężko się nie denerwować, gdy po raz setny odpowiadasz bezzębnemu kolesiowi, że nic nie potrzebujesz. „Best kłalyti” oraz „gut prajs maj men” ma nas niby zachęcić do kupna haszyszu, ale to tylko denerwuje. Artur nawet zaczął odpowiadać, że „potrzebujemy topograficznej mapy w skali 1:50000″. Tego nie rozumieją.

Popołudniem idziemy do sklepu poznanego wczoraj Abdula. Korzystamy z jego zaproszenia pomimo nie do końca miłego doświadczenia z Marrakeszu. Abdul jest sprzedawcą dywanów, częstuje nas herbatą i dużo rozmawiamy. Tutaj przekonujemy się, że sprzedaż nie musi wyglądać nachalnie i, że tak na prawdę, z poważnym sprzedawcą, nie musisz dobijać targu. Jeśli towary Ci się nie podobają, beż żadnych zobowiązań, po prostu wychodzisz.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Zostaw komentarz

Chwila…

Temperatura nie jest wysoka. Jest tak, jak w Polsce wiosną. Wczoraj pod wieczór było 12 stopni. Miejscowi jednak chyba źle znoszą taką temperaturę, gdyż chodzą pozawijani w kurtki i czapki. W południe jest cieplej ale i tak byłem jedynym człowiekiem, który kąpał się w oceanie. Plaże po prostu są puste. Tylko pojedynczy ludzie spacerują z psami, czasem biegają dzieci, czasem ktoś skorzysta z wolnej chwili i usiądzie na kamieniach, by zapatrzyć się w bezkresną wodę.

Jest coś magicznego w tych chwilach, kiedy zasłuchuję się w szum fal. Uspokaja mnie to i wycisza, a obraz wody sięgającej po horyzont pobudza wyobraźnię. Mógłbym tak siedzieć i całkowicie oddać się zapomnieniu.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Liczba komentarzy - 2

Biało-niebieski

O poranku idziemy na kawę a o 10:47 ruszamy pociągiem do Asilah. Jedziemy pośród pól i lasów, mijając pasterzy ze zwierzętami. Czasem przejeżdżamy obok niewielkich wiosek z rozwalającymi się domkami. Czy to w większych miastach czy w mniejszych wioskach, zawsze widać walające się śmieci. Leżą dosłownie wszędzie. Na ulicach, na polach, pod płotami, pod domami. Czy ludziom tutaj nie przyszło do głowy, że pewnie połowa ich chorób związana jest właśnie z tymi śmieciami? Nie za bardzo mogę to zrozumieć. Są też oczywiście czyste tereny. Im bliżej Asila, tym więcej pagórków i uprawnych pól, które układają się w prześliczne, czarno-zielone mozaiki, na których rosną drzewa i pasą się owce. Te afrykańskie rozległe tereny sa bardzo miłe dla mego oka.

Asilah to niewielkie miasteczko, ale bardzo ciekawe. Jest tu katolicki kościół pod wezwaniem św. Bartłomieja, który jako jeden z niewielu w Maroku ma prawo dzwonem przyzywać wiernych na niedzielna mszę. Niestety nie udaje nam się wejść do jego wnętrza. Mało tu jest turystów, a piękna, i przede wszystkim czysta, biało-niebieska medyna nadaje się do spokojnych , długich spacerów. Łatwo się zgubić w wąskich uliczkach, ale w tym przypadku to sam urok. Biały i niebieski kolor to chyba najczęściej spotykane przez nas kolory w tej medynie. Bardzo intensywne, czasem z domieszką czerwieni i zieleni, prezentują się ślicznie. Często pod drzwiami domostw stoją kwiaty w kolorowych doniczkach. I wszędzie spacerują koty. Jest ich tu naprawdę dużo.

Przechadzamy się trochę nad oceanem, wzdłuż falochronu a potem wracamy do miasteczka na obiad. Po drodze próbuje gotowanych ślimaków z obwoźnego wózka. Nabija się je patyczkiem i wyciąga z muszelki. Smakują dobrze, lekko ostro od przypraw. Ciekawe, jak zareaguje na to mój żołądek. A potem kosztujemy miejscowej ryby i kalmarów. Zbyt szybko zapada zmrok. Dobranoc.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Liczba komentarzy - 2

Bociani klekot

Problemy z jelitami Artura minęły i rankiem ruszamy zobaczyć dwa ciekawe miejsca związane z bardzo odległymi czasami. Pierwsze, Muzeum Archeologiczne usytuowane w budynku z lat 30 XX wieku, które prezentuje znaleziska z terenu całego Maroka. Większość ekspozycji to rzeźby z czasów Imperium Rzymskiego. Zobaczyć zatem można Jowisza ale i sporo naczyń, monet, ludzkie kości, nagrobki i łacińskie inskrypcje. Jest nawet czaszka homo erectus. Brakuje mi jedynie opisów w języku angielskim. Arabski i francuski nic mi nie wyjaśniają. Tak czy inaczej, prezentacją jestem zachwycony.

Drugim miejscem, do którego się udajemy jest Chellah. To cytadela, która zamieszkiwana była już w czasach fenickich. Miejsce to rozwinięte przez Rzymian ostatecznie zostało przejęte przez Berberów. Dziś to okazałe ruiny pośród zieleni drzew. Piękny mur dookoła z potężną bramą wejściową robią wrażenie już z daleka. Wewnątrz mieszkają bociany, które słychać w całej cytadeli. Uwiły swe gniazda na drzewach i na minarecie. Pewnie to jedno z wielu miejsc, gdzie przylatują, gdy w Polsce nadchodzi czas chłodu.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Zostaw komentarz

Leniwy dzień

Artur od rana ma problemy z żołądkiem. Mam nadzieję, że to nic poważnego i szybko mu przejdzie. Dziś więc sam chodzę po medynie. Zauważam, że sporo mężczyzn korzysta z usług ulicznych pucybutów. Buty muszą lśnić, choćby nawet reszta ubrania ociekała brudem. Na ulicy zdarzył się wypadek. Jakiś pojazd potracił pieszego. O wypadek tu nietrudno. Niby są światła… w Rabacie nawet dla pieszych, ale mało kto się nimi przejmuje. Ludzie przechodzą przez ulicę w każdym miejscu, ale to kierowca zawsze ma pierwszeństwo, nawet na przejściu.

Wychodzę za mury medyny, mijam ogromny muzułmański cmentarz i jestem nad oceanem. Na wargach czuć słony wiatr, fale głucho obijają się o falochrony… ależ ja uwielbiam być na wybrzeżu. Leniwie spaceruję wzdłuż brzegu, robię zdjęcia, oglądam ptaki, a potem wchodzę do kazby al-Udaja. Mury wokół twierdzy pną się 8-10 metrów nad głową a wewnątrz znajdują się urocze biało-niebieskie wąskie uliczki. Rabat jest zupełnie inny.  Przede wszystkim nie ma tu naganiaczy, natrętnych sprzedawców i nikt nie zgaduje, skąd jesteśmy. Są motory, są rowery, są tłumy i gwar, ale jest jakby więcej prywatności. Nad oceanem można nawet znaleźć odosobnione miejsce. Można przejść się po suku i czuć się niemal niezauważonym. Niemal… bo jednak Europejczyk w tłumie się wyróżnia.

Wieczorem siadam w knajpce nieopodal hoteliku i zamawiam tadżin. To wykonane z gliny naczynie, od którego nazwę wzięła również potrawa. Ziemniaki, z warzywami i mięsem, z dodatkiem ziół i przypraw, duszone są na rozżarzonych węglach. Podawane jest z chlebem, który służy również do maczania go w sosie i nabierania nim samego jadła. Doskonale przygotowane smakuje wybornie i jest, jak na razie, moim ulubionym marokańskim daniem. W medynie podają też gotowane ślimaki. Widzę, ze ludzie zajadają się nimi, więc chyba i ja się skuszę. Ale jeszcze nie dziś.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Zostaw komentarz

Rabat

O 5 rano Marrakesz wciąż jeszcze śpi. Główny plac czyszczą myjki a na ulicach widać tylko pojedyncze samochody. O tej porze to inne miasto. Przebudzi się powoli i do południa znów wybuchnie krzykiem. Pomimo wczesnej pory kilku taksówkarzy proponuje nam podwózkę, ale my sami wybieramy kierowcę, za 50 Dh targujemy na 20 Dh i jedziemy na dworzec kolejowy, skąd o 7 godzinie ruszamy pociągiem do Rabatu.

Ruszamy punktualnie dość luksusowym pociągiem, z wygodnymi fotelami. Palmowe gaje ładnie rysują się na tle zachmurzonego, na pomarańczowo jaśniejącego nieba. Powoli jednak zielone tereny ustępują miejsca surowym górom, których pasmo wyrasta od wschodniej strony. Potem pociąg skręca bardziej na północny zachód i jedziemy pośród niewielkich pagórków, których kamieniste podłoże porastają niezbyt gęsta trawa i niskie drzewa. Gdzieniegdzie pojawiają się skupiska kaktusów i zrobione z gliny i kamieni liche domki. Przy niektórych widać pola uprawne i pasące się osły, krowy i owce. Czasem stoi też traktor.

Krajobraz, choć rozległy, wciąż się zmienia. Teraz wszystko jest płaskie i pokryte żyzną glebą. Mijamy hektary uprawnych pól obsianych zbożem a potem przejeżdżamy przez Casablancę. Trudno powiedzieć, jak jest w centrum, ale okolice bliskie torom kolejowym to głównie obskurne budynki, kilogramy walających się śmieci, w których grzebią bezpańskie psy i setki ptaków. Ogólna brzydota i brud. A potem znów jedziemy przez rozlegle, zielone pola.

W końcu dojeżdżamy do Rabatu i idziemy do polskiej ambasady, by uzyskać najświeższe informacje o bezpieczeństwie w Mauretanii. Pani ambasador odradza nam podróż mówiąc, że istnieje spore ryzyko porwań i że obecnie przetrzymywanych jest przez miejscowych porywaczy około 40 Francuzów. Dla mnie to przesadza sprawę i po wspólnej rozmowie dochodzimy z Arturem do wniosku, że udamy się najdalej do Sahary Zachodniej, a Mauretanię zostawimy na inny czas. To bardzo przykre, że świat jest miejscem, w którym obecność w jakimś kraju może być związana z ryzykiem porwania i zagrożenia życia. Polityka, religia, ksenofobia… wszystko to dzieli ludzi. Chciałbym doczekać dni, w których Ziemia się odmieni.

W ambasadzie poznajemy Bubę, czarnoskórego młodzieńca z Gambii, który jest tutaj po to, by załatwić sobie wizę do Polski. Gra i daje lekcje gry na korze, 21-strunowym instrumencie zbudowanym z dużej tykwy. Chce pojechać do znajomych w Polsce i tam występować. Opowiada nam trochę o swoim kraju i o tym, że musiał najpierw załatwić sobie wizę do Maroka, by móc przyjechać tutaj, aby załatwić wizę do Polski. Wyszedł z ambasady, gdy my rozmawialiśmy z panią ambasador. Pozdrowił nas i pożegnał przez jedną z pań w okienku. To był bardzo miły gest z jego strony.

Dziś pada deszcz. Można nawet powiedzieć, że to ulewa.  Wynajmujemy pokój ociekając woda.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Liczba komentarzy - 3

Majfrend

Drugi dzień w Marrakeszu rozpoczynamy od kawy i śniadania złożonego z naleśników z miodem i z czekoladą. Potem przechadzamy się po medynie i po zielonych ogrodach. Mam już dość wszechobecnych naganiaczy, którzy wciąż krzyczą „łelkom majfrend, łerarju from?” Kilku nawet zgadło, że jesteśmy z Polski. Nie mam pojęcia, jak oni to robią. Człowiek z knajpy widzi Cię pierwszy raz i uśmiechnięty woła kilka słów po polsku. To cholernie upierdliwe. Ciężko też opędzić się od dzieci, które przyczepiają się i próbują sprzedać chusteczki higieniczne albo inne dziadostwo wyprodukowane w Chinach.

Zmorą medyny są ludzie przemieszczający się motorowerami. Wydaja się być w ogóle nie poruszeni faktem, że niemal na siebie wjeżdżają. Wprawnie manewrują miedzy ludźmi i nagminnie używają klaksonów. W uliczkach szerokości 1,5 czy 3 metry to zaiste wielki wyczyn. Malo przestrzeni, warkot silników, natrętne klaksony i krzyk ludzi powodują, że mam ochotę dokonać stad natychmiastowej ewakuacji.

„Majfrend” nie jest już taki przyjacielski, gdy wyciągamy aparat i próbujemy sfotografować towary na jego straganie. Znika radosny uśmiech i pokazują się palce w geście „money” albo z ust dobywa się krzykliwe „łotarju duing men?”. Zupełnie jakby bał się, że zdjęcia są dla jakiejś bezpieki.

Dla mnie Marrakesz nie jest miastem z tych wszystkich wspaniałych opowieści. Legenda… owszem. Mimo to nie odnajduję się tutaj. Za dużo ludzi, za dużo hałasu, za dużo natręctwa, za dużo wszystkiego. Z przyjemnością więc zasiadam wieczorem, wraz z Arturem, na dziedzińcu hoteliku, w którym mieszkamy i raczę się herbatą z dodatkiem liści mięty. Tu jest spokojnie. Nad głowami mamy koronę drzew z pomarańczami, nad owocami ciemne niebo.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Zostaw komentarz

Marrakesz

Rankiem idziemy na kawę, pół na pół z mlekiem, zwaną tutaj ness-ness. Poranek jest ciepły i wstające słońce ładnie oświetla ulice i rosnące wszędzie palmy. Bierzemy plecaki i od razu po wyjściu z hotelu zatrzymuje się obok nas autobus, kierowca krzyczy „Marrakesz”, ładujemy się i za 60 Dh + 5 Dh za bagaż jedziemy do miasta legendy. Autobus, którym się przemieszczamy, jest dość wygodny, ale siedzimy z tylu nad silnikiem i jest potwornie gorąco. Do przejechania mamy około 200 km.

Jedziemy autostradą pośród gór Atlasu. Rdzawo-brunatny kolor kamieni miesza się z zielonym kolorem niezbyt wysokich drzewek i błękitnym niebem. Gdzieniegdzie widać pasterzy z kozami, owcami oraz skubiące liście drzew dromadery. Zjeżdżamy na szczyt wzniesienia i ukazuje nam się piękna, lekko zamglona górzysta panorama. Po 4 godzinach dojeżdżamy do Marrakeszu i zaraz po wyjściu z autobusu podchodzą do nas miejscowi, którzy za wszelką cenę próbują namówić nas na skorzystanie z taksówki, wskazać drogę i zakładają, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Ciągłe uśmiechanie się i mówienie, że nie potrzebujemy ich pomocy, po pewnym czasie staje się męczące. Sami znajdujemy spokojny i tani hotelik i zameldowujemy się na dwa dni. Wewnątrz jest bardzo ładny dziedziniec, na którym rosną pomarańczowe drzewka.

Pierwsze spotkanie z Marrakeszem nieco mnie rozczarowuje. Główny plac Dzami al-Fana to skupisko ogromnej masy ludzi. Miejscowi robią wszystko, żeby sprzedać swój towar, a turyści mogą albo temu się poddać, albo grzecznie i cierpliwie dziękować, po czym spokojnie się oddalić. Kilka osób zaproponowało nam również haszysz i kokainę. Trzeba pamiętać, by nie dać się wciągnąć w żadną akcję z narkotykami. Można za to skończyć w więzieniu.

Popołudniem wybieramy się na spacer po medynie. Bardzo łatwo zgubić się w labiryncie wąskich uliczek. Klimat tego miejsca tworzą setki kramów i targujących się ludzi. Kupić można praktycznie wszystko. Dywany, czajniki ryby, przyprawy, jedzenie… Są też fryzjerzy, garbarze, cieśle. Szybko zapada zmrok i w knajpce przy minarecie Kutubija siadamy na herbatę. Robimy kilka zdjęć przy nocnych światłach miasta i słuchamy śpiewającej i grającej na bębnach miejscowej młodzieży. Zauważam, że witający się młodzi chłopcy całują się w policzki. Tutaj widok dwóch idących za rękę mężczyzn nie powinien nikogo dziwić. To jest po prostu oznaka ich przyjaźni.

Pod minaretem poznajemy Ismaela. Niestety popełniamy błąd, dając zaprosić się na herbatę w jego domostwie. Ten z pozoru gościnny i ciepły gest jest wstępem do prezentacji nam przypraw. Ismael, okazuje się, jest sprzedawca. Trochę jestem na siebie za to zły. W wielu krajach zapraszano mnie do domostwa na herbatę i zawsze była to po prostu gościna. Tutaj ma to nieco inne znaczenie. Jednak w ostatecznym rozrachunku uważam, że to my wyszliśmy na tym lepiej. Po pierwsze, zobaczyliśmy te część medyny, do której nie wchodzą raczej turyści. Jest to byłe getto żydowskie – mellah. Wieczorem dość mroczne i zapewne sami byśmy się tutaj nie zapuścili. Po drugie, poznaliśmy marokańską rodzinę… Ismaela, jego siostrę, młodszego brata i wujka. Zobaczyliśmy, jak parzy się i celebruje herbatę, no i zrobiłem kilka zdjęć, których pewnie bym nie zrobił, gdybyśmy z tego zaproszenia nie skorzystali. Po dość długim targowaniu się, co jest tutaj tradycją, kupujemy ambrę i świetnie pachnącą herbatę. Potem Ismael wyprowadza nas na główny plac i tam się rozstajemy. Pomimo wielu korzyści, nie możemy następny raz dać się tak łatwo zaprosić na herbatę przez przypadkowo poznane osoby. Przynajmniej w Marrakeszu. To takie nasze małe postanowienie na przyszłość.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Liczba komentarzy - 1

Chaos

Z przewodników dowiedzieliśmy się, że 500 metrów od lotniska jest przystanek, z którego za 5 dirhamów (ok 2 zł) odjeżdża autobus do Inezgane. Nie mając tej wiedzy można tuż za progiem stracić o wiele więcej pieniędzy, korzystając z oferty miejscowych taksówkarzy, którzy zaczepiając, oferują przejazd Mercedesem „beczka”.

Oczekując na przyjazd autobusu, przyglądam się pobliskiemu skrzyżowaniu, na którym większość kierowców uprawia totalną samowolkę. Przez 10 minut usłyszałem więcej dźwięków klaksonów niż przez tydzień w Polsce. Jadąc autobusem, obserwujemy dokładnie takie samo zachowanie kierowców na każdym mijanym skrzyżowaniu. Do tego dochodzą jeszcze rowerzyści i motocykliści, którzy poruszają się w kompletnie chaotyczny sposób, często jadąc po prostu pod prąd. Kierowca autobusu rozmawia z ludźmi, a czasem wystawia przez okno głowę i krzyczy coś do ludzi stojących z boku. W końcu docieramy do Inezgane i za 85 dirhamów za osobę bierzemy pokój w hotelu. Zostawiamy plecaki i idziemy na pierwszy posiłek w Afryce. Z obwoźnego wózka kupujemy brochettes – upieczone nad paleniskiem i podawane z chlebem kawałki mięsa i wątróbki. Potem siadamy w miejscowej knajpce na herbatę, której picie tutaj to wręcz mistyczna celebracja. Zielona z dodatkiem mięty i cukrem smakuje wyśmienicie.

Ulice są brudne, pełne walających się śmieci. Miejscowy plac obfituje w stragany pełne warzyw i różnej maści jedzenia. Wciąż widać osły, które cierpliwie ciągną wyładowane towarami wózki. Przejście przez ulice to po prostu ruletka. Musisz zdążyć miedzy samochodami. Nie zatrzymują się nawet wtedy, gdy jesteś już na środku drogi.

Ludzie na ogół są dość krzykliwi. Trudno powiedzieć, czy krzyczący człowiek wydziera się na Ciebie, na kogoś obok, czy to po prostu jego normalne zachowanie. Życie tętni na ulicy do późna. Zasypiamy w hotelowym pokoju po północy, wciąż słysząc uliczny gwar i klaksony przejeżdżających pod oknami samochodów.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Liczba komentarzy - 2

Berlin – Agadir

Punktualnie o 17:55, wygodnym pociągiem z Warszawy, ruszamy do Berlina. Jest już ciemno, więc niewiele widać przez okno przedziału. Tylko co jakiś czas mijamy mokre od deszczu stacje i miasta. Po pewnym czasie moja uwagę przykuwa słynna w całej Polsce świebodzińska figura przedstawiająca Jezusa. Ogromna, oświetlona, z daleka widoczna. Czy doprawdy nam chrześcijanom potrzebne są takie posagi? Dla wielu twór ten stał się pośmiewiskiem i kolejnym pretekstem do piętnowania Kościoła Katolickiego. W dawnych czasach wyznawcy Chrystusa odcinali się od wszelkich wizerunków. Zdobione posagi były potrzebne poganom a chrześcijanin Boga ma w sercu. Świadczy o Nim czynem. Owszem… ktoś powie, widzieliśmy Boga, objawił się w osobie Jezusa… wiemy zatem, jak wygląda, możemy Go przedstawić. Ale czy to doprawdy jest powód, by stawiać tak ogromne posągi? Mnie to się nie podoba.

Berlin wita nas styczniowym, zimnym wiatrem. Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy… i w nos, to wszechobecni na peronach ludzie, którzy palą papierosy i piją piwo. W Polsce to występek karalny, tutaj najwyraźniej nie. Dwoma podmiejskimi pociągami dostajemy się na lotnisko i mając 12 godzin do odlotu zasypiamy na ławkach.

Niestety nie udaje nam się zmieścić w przepisowych 20 kg i musimy nieco dopłacić za nadbagaż. Startujemy punktualnie. A nad chmurami, jak zwykle, jest czarująco. Lecimy nad górami Sierra Nevada, a gdy chmury ustepują miejsca, ukazują się szczyty, które pokryte śniegiem wygladają jak obsypane cukrem pudrem czekoladowe ciasto. A potem wlatujemy już nad Afrykę. Pod nami połacie pustki, gdzieniegdzie poprzecinanej wstęgami dróg. Pilot oznajmia ostatnie 45 minut lotu. Po lewej stronie majaczą góry Atlasu, równie imponujące i przypominające ciasto z cukrem. Postanawiamy, że któregoś dnia, choć na chwilę, musimy się tam wybrać. Po 4 godzinach lądujemy i po sprawdzeniu naszych paszportów, wymianie pieniędzy i przepakowaniu plecaków opuszczamy lotnisko. Jesteśmy w Afryce.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Liczba komentarzy - 1

Droga jest źródłem…

Nie potrafiłbym odpowiedzieć na pytanie, czym kieruję się wyruszając w podróż. Właściwie nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie. Cel podróży nie jest najważniejszy i wie o tym każdy, kto choć raz wybrał się w dalszą drogę. To tak jak z chodzeniem po górach. Jesteś na szlaku i cieszy Cię sama wędrówka, obecność drzew, ptaków, wiatru. Jesteś w jednym momencie częścią czegoś większego i ważniejszego niż samo tylko dojście do schroniska. To taki zachwyt każdą chwilą i czasem, który choć nieustannie płynie, to potrafi się wokół Ciebie na chwilkę zatrzymać. Bycie w drodze, przemierzanie nieznanych miejsc, poznawanie ludzi, obcowanie z czymś nowym, doświadczanie przygody… to wszystko, to tylko słowa, które w jakiś sposób próbują opisać rzeczywistość wymykającą się z ram werbalnych. Tak jak miłość. Każdy wie, że jest, ale ciężko ją zdefiniować. Ryszard Kapuściński napisał: „Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej”. I miał rację. Daleko mi do wspaniałych podróży Jacka Pałkiewicza, Wojciecha Cejrowskiego, Arkadego Fiedlera… i wielu, wielu innych, ale kiedy wracam z moich wojaży do domu, to czuję, że niebawem będę znów snuł plany o kolejnej peregrynacji. Bo tak właśnie jest, że podróżowaniem jestem zarażony.

Jutro wraz z bratem wyruszamy do Maroko i Mauretanii. To będzie moja pierwsza podróż poza Europę. Inna kultura i religia. Pejzaże różne od tych, które widzimy za oknem. Mam nadzieję, że spotkamy znów ludzi, którzy, niczym przez Boga wysłani aniołowie, staną na naszej drodze. Może mała wyprawa na pustynię przyniesie oświecenie? Zatem z Bogiem, z modlitwą i wiarą ruszam przed siebie. Niech podróż będzie celem. Jak pisał rzeczony już wcześniej Ryszard Kapuściński: „Droga jest źródłem, jest skarbnicą, jest bogactwem”.

w diariuszu: (2012) Maroko i Mauretania | Liczba komentarzy - 3

Smak wina

Deszcz padał tak mocno… można by pomyśleć, że niebiosa się rozpadły i cały niebiański ocean wylał się właśnie na nas. Wycieraczki nie nadążały z odbieraniem wody a drogą płynęła rzeka, skutecznie wymywając bardziej luźne części asfaltu i kamiennego pobocza. Samochód co chwila wpadał w zalane wodą dziury, trzęsąc nami na wszystkie strony. W całkowitym mroku dotarliśmy do Domoszló. Na plebanii, w języku niemieckim przywitał nas starszy pan. Jak się okazało, ojciec księdza Ferenca. Od pierwszej chwili okazywał nam życzliwość i otwarcie. Wraz z bratem Ferenca, którego imienia niestety nie pamiętam, ugościli nas oferując osobny domek, który służy obecnie pielgrzymom. To niebywałe, jak chęć pomocy łamie nawet bariery językowe. Z bratem księdza rozmawialiśmy po angielsku ale starszy pan znał tylko kilka słów w języku niemieckim. My razem wzięci jeszcze mniej, a mimo to wszyscy dobrze się zrozumieliśmy. Czasem po prostu poznajesz człowieka i od pierwszego uścisku dłoni wiesz, że osoba ta ma wobec ciebie jak najlepsze zamiary. Zresztą temu służy podanie ręki, prawda? Pokazaniu, że nie ma się złych intencji. Tak przecież przekazujemy sobie znak wzajemnego pokoju.

Termalne źródła dostarczają człowiekowi ciekawych wrażeń. Można by powiedzieć, że to po prostu gorąca kąpiel, ale jednak leżąc w wannie nie często zdarza się padający na głowę deszcz. No i prawie nigdy nie ma możliwości spotkania grupy pijanych Polaków, z których jeden osiągnie stan całkowitego braku nawigacji. No cóż, nadmierna ilość węgierskiego wina i gorąca atmosfera basenu sprzyjają dość szybkiej reakcji w głowie. Woda, która zawiera sporą ilość soli ma podobno zdrowotne właściwości i pomaga w leczeniu fizycznych dolegliwości. Wygląda na to, że jednak głupoty nie leczy. Tak, czy inaczej, spływając w dół po zboczu tworzy niezwykle ciekawe kalcytowe formy, które po części przypominają lodowiec, po części ogromny kryształ solny. Po całym dniu miło jest zasiąść w takim basenie i oddać się odpocznieniu. Gdy nie pada i niebo jest czyste, widać gwiazdy.

Urokliwe wąskie uliczki Egeru to miejsca, w których można zatracić się na dłuższy czas. Spacerując po mieście słychać ulicznych grajków, widać miejscowych artystów i sprzedawców różnej maści produktów spożywczych. Można zawędrować pod najdalej na północ wysunięty minaret. Co ciekawe, na jego wieży znajduje się muzułmański półksiężyc i chrześcijański krzyż. Krętymi, wąskimi schodami można wspiąć się na górę, skąd rozpościera się piękny widok na okolicę. Nieopodal widać twierdzę, w której znajdują się pozostałości rzymskich kazamatów. A nieco na zachód od miasta znajduje się Dolinia Pięknej Pani (Dolina Szépasszony). Znana jest z piwniczek winnych i winiarni, w których można skosztować miejscowych wyrobów. Przyznaję, że wino tego północnego regionu Węgier bardzo przypadło nam do gustu. Szczególnie półsłodkie Egri Muscat Ottonel, z pięknym aromatem kwiatu winogron. Dobrze tak usiąść przy drewnianej ławie i przy świetle świec raczyć się smakiem białego wina.

w diariuszu: (2011) Węgry | Liczba komentarzy - 1

Zaufanie

Bezinteresowna gościnność okazana podróżnemu to w naszej dzisiejszej kulturze zjawisko dość nietypowe. A jednak w czasie swoich podróży z taką gościnnością wiele razy się spotkałem. Ktoś zaprasza cię do domu, daje jeść, pozwala zrobić pranie, udziela Ci miejsca do spania. Oczywiście, można powiedzieć, że to bardzo naiwne zapraszać obcego człowieka pod swój dach ale okazuje się, że nie wszyscy myślą o drugiej osobie jak o potencjalnym złodzieju i złoczyńcy. Wystarczy zresztą popatrzeć, ilu użytkowników jest zarejestrowanych w CouchSurfing i Hospitality Club. Jako ludzkość stajemy się chyba coraz bardziej zamknięci na siebie, odizolowani w swoich małych czterech ścianach. Owszem, te cztery ściany to nasza twierdza, gdzie chcemy czuć się bezpiecznie, być odgrodzonym od niebezpieczeństw świata. Ale może czasem oprócz okien warto także otworzyć drzwi?

Wydawać by się mogło, że żyjąc w miejskiej dżungli, nie możemy przyjmować podróżnych gości pod swój dach. A jest wręcz przeciwnie. Na takich portalach, jak wymienione wcześniej CS i HC, ludzie oferują podróżnikom swoją pomoc. Jedni udostępnią Ci pokój czy nawet osobny dom. Inni zaproszą na kawę, pokażą okolicę. Każdy w miarę możliwości. I co ciekawe, chyba w każdym zakątku świata znajdzie się ktoś, kto w jakiś sposób poda Ci pomocną dłoń. Tak sobie myślę, że to chyba dobrze, iż wciąż są na świecie tacy ludzie, i że właśnie dzisiaj potrzeba nam takich gestów. W świecie, w którym karmi się nas informacjami o rozbojach, gwałtach, przemocy i kradzieżach, trzeba głośno mówić o tym, że świat nie tylko takie ma barwy. Trzeba pokazać, że na naszej planecie żyją ludzie, którzy kierują się innymi zasadami. Ludzie, dla których inny człowiek to brat i siostra.

Wraz z moimi przyjaciółmi wybraliśmy się na Węgry. W CouchSurfing znalazłem księdza Ferenca, który chętnie przyjął 5 osób. Pojechaliśmy do obcego kraju i byliśmy obcy dla całkiem obcych nam ludzi. A jednak Ferenc nie miał problemów z przyjęciem nas pod swój dach. Nawet więcej… napisał, że nie będzie go w domu, ale będzie jego ojciec i brat. A oni przyjęli nas, jak swoich… z otwartymi ramionami. I chodzi mi właśnie o to, żebyśmy sobie ufali… żeby na świecie było jak najwięcej ludzi, którzy okazują bliźniemu serce. Byśmy byli dla drugiego człowieka, jak rodzina. Niech kwitnie w nas chęć pomocy i niech ten świat nie buduje się tylko na cierpieniu i krzywdzie drugiego człowieka. „Niech trwa braterska miłość. Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę” (Hbr 13, 1-2).

w diariuszu: (2011) Węgry | Liczba komentarzy - 1