Aug 6 2009

Islandzkie koło

Z Husafell zabiera mnie o poranku para Francuzów i jedziemy do głównej “jedynki”, a potem kawałek za Borgarnes. Francuzi jadą do wodospadu Glymur, tam gdzie ja byłem z siostrą Małgorzatą. Po drodze sporo rozmawiamy o muzyce i filmie. Wysiadam na skrzyżowaniu i ustawiam się przy zatoczce, tuż przed znakiem informującym, że dalej nie wolno iść na piechotę ani jechać rowerem. Po pięciu minutach zabiera mnie para młodych Islandczyków i ruszamy do Reykjaviku. Przejeżdżamy tunelem pod fiordem i z drugiej strony widać już stolicę Islandii. Moi dobroczyńcy podwiozą mnie na pole namiotowe, gdzie zostanę do piątku. W ten sposób zamykam autostopowe, islandzkie koło. Wyspa na długo zostanie w mojej pamięci, a szczególnie ludzie, bez których moja przygoda nie byłaby możliwa. Trochę żałuję, że nie udało mi się pojechać do interioru i w głąb fiordów zachodnich, ale przynajmniej będzie to temat do zrealizowania w przyszłości. Marzy mi się jeszcze przyjechanie tutaj zimą i zobaczenie na własne oczy, dlaczego Islandczycy nazywają wyspę Blue Island. To z całą pewnością kraina, do której będę chciał wrócić.

Reykjavik to jakby trochę inna Islandia. Pełno tu ludzi, samochodów, samolotów, sklepów i typowego miejskiego hałasu. Dość często słyszę Polaków. Trochę spaceruję po mieście, trochę oglądam wystawy i kupuję kartki, które powieszę na ścianie, obok tych z poprzednich lat. Sporo rzeczy tutaj zrobionych jest pod turystę. Cześć z nich, jak choćby dość gęsto ustawione punkty informacji, są bardzo pomocne. Jednak najwięcej jest sklepików z pamiątkami, które oferują artykuły dla mało wymagającego klienta, ale za to bogatego w pieniądze. Ciężko znaleźć jest coś, co ewidentnie nie jest wytworem masowej produkcji, mającej tylko naśladować dawne czasy Wikingów i jednocześnie nie rozleci się zaraz po pierwszym użyciu. Owszem, są też sklepy z typowym rękodziełem islandzkim, jednak produkty te przeznaczone są chyba tylko dla wysoko zamożnego klienta, a nie dla przeciętnego proletariusza. Staram się więc zaglądać do małych księgarenek i sklepików, gdzie nie ma nad drzwiami ogromnego napisu TAX FREE. W stolicy Islandii jest to jednak trudne.

Czwartek, wieje wiatr, czasem pada mniej
Dziś moja ostatnia noc na wyspie. Rozmyślam sobie o całej podróży, ludziach, których poznałem i o pięknie Ziemi, które ujrzałem. Wiatr, deszcz, grad, tęcza, góry, wulkany, lodowce, laguny, przedziwne skały… tyle piękna na jednym skrawku ziemi na oceanie. Aż trudno czasem uwierzyć, że to miejsce jest prawdziwe. Jutro rano autobusem pojadę na lotnisko. A potem Islandia będzie robiła się coraz mniejsza… i mniejsza… i mniejsza… aż zniknie gdzieś pod chmurami. Do zobaczenia w Polsce.


Aug 5 2009

Szaleństwo starszej Islandki

Rankiem udaję się do sklepu, a potem na wylotówkę z miasteczka. Długo czekam, nim zatrzymuje się samochód. Długowłosy, starszy już pan mieszkający na Islandii wiezie mnie 20 km. Ja skręcam w prawo, do Hraunfossar, wodospadów wypływających z lawy, a on jedzie dalej. Po chwili zatrzymuje się starsza pani, mówi tylko po islandzku, ale pokazuję jej na mapie, gdzie chcę się dostać. Otwiera bagażnik, wrzucam plecak i jedziemy. Kobieta cały czas się uśmiecha i coś do mnie mówi. Domyślam się, że skręca do innego miasteczka. Zjeżdża więc na pobocze, gasi silnik, ja zabieram swoje rzeczy, dziękuję jej tradycyjnym islandzkim “takk” i ustawiam się na poboczu. Kobieta jednak nie odjeżdża i zastanawiam się, o co może jej chodzić. Tym bardziej, ze wciąż się do mnie uśmiecha i coś mówi. W pewnym momencie pomyślałem nawet, że jest szalona, gdy machając wyskoczyła na drogę, prawie wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu. Kierowca omija ją sporym lukiem i zatrzymuje się na poboczu. Starsza pani podbiega do drzwi, przez chwilę rozmawiają, a potem ręką daje mi znak, że młodzi państwo zabiorą mnie do Reykholt. Kobieta się znów uśmiecha a dziewczyna zaprasza mnie do samochodu i ruszamy. Okazuje się, że starsza pani po prostu chciała mi pomóc złapać następny samochód :-)
Młode małżeństwo proponuje mi po drodze, że podwiezie mnie jeszcze do miejsca, gdzie z ziemi wybijają gorące źródła, ciepło dla wielu miasteczek. Podjeżdżamy i widzę, że wszystko spowite jest parą, a woda bulgocze, gdyż ma 100 stopni. Dziewczyna opowiada mi o turystach, którzy często chcą moczyć tu nogi, lub zawieszone na sznurku jajka wkładają do środka, celem ich ugotowania. Jedziemy dalej i dojeżdżamy do stacji benzynowej. Wysiadam, ruszam drogą a młoda dziewczyna wchodzi do sklepu i prawie od razu woła mnie i przedstawia mi starszego pana, który z radością zabiera mnie do wodospadów. To niesamowicie sympatyczny człowiek i po drodze opowiada mi o tym, że jest po ataku serca, i że mieszka w tej okolicy, ponieważ jest tu bardzo spokojnie. Ma tutaj domek i kawałek pola, na którym posadził drzewa. Każdego dnia obchodzi swoje posiadłości i cieszy się każdym dniem, który traktuje jako dar. Wysiadam przy wodospadach i oglądam, jak woda wylewa się do rzeki z krawędzi lawy. Ciekawy widok i bardzo malowniczy. Potem ruszam drogą do Husafell. Podwozi mnie młody mężczyzna. Tu zostaję na noc. Stąd wyruszę jutro do Reykjaviku.


Aug 4 2009

Dzień, w którym zatrzymał się ksiądz.

W godzinach południowych ustawiam się na wyjeździe ze Stykkishólmur. Trochę czekam, ale w końcu zatrzymuje się samochód i do środka zaprasza mnie ksiądz. Niby nic dziwnego, ale w luterańskim kraju katolicki duchowny to rzadkość. Ksiądz Jacob jest Francuzem, ale od wielu lat mieszka na Islandii i tutaj sprawuje posługę. Teraz jedzie do miasteczka Akranes, gdzie o 15 odprawi mszę. Choć znów chciałem pojechać w inne miejsce, stwierdzam, że to będzie dobry pomysł, by udać się z księdzem na mszę, a potem zobaczę, co wydarzy się dalej. Po drodze trochę rozmawiamy o różnicach miedzy katolikami i luteranami, o chrześcijaństwie ogólnie, o tradycji ustnej i o historii Islandii. Ksiądz Jacob opowiada mi także o początkach swojej pracy na wyspie i obecnej, braterskiej współpracy z luteranami.

Msza w Arkanes odbywa się raz w miesiącu i odprawiana jest w kaplicy szpitalnej. Przychodzi kilka osób, głównie Polacy, ale i Islandczycy. Cała liturgia jest po islandzku i polsku, czasem po angielsku i z drobnymi elementami łaciny. Na organach i gitarze gra siostra Małgorzata, która z księdzem komunikuje się po francusku. Po mszy polskie małżeństwo zaprasza księdza, siostrę i mnie do swego domostwa na ciasto i herbatę. Plan jest taki, że po poczęstunku ksiądz Jacob wraz z siostrą Małgorzatą jadą do Borgarnes by odprawić druga mszę, pod warunkiem, że uda się odnaleźć kogoś, kto otworzy luterański kościół. W tym okresie nie jest to łatwe, ponieważ większość ludzi jest na wakacjach. Postanawiam jechać z nimi, a z siostrą Małgorzatą umawiam się na wspólny wypad w góry do wodospadu Glymur. Po drodze do Borgarnes dużo rozmawiamy z księdzem o nauce i religii oraz o pięknie Ziemi. Kościoła nie udaje się otworzyć, wiec msza się nie odbywa. Następuje pożegnanie, zdjęcie z księdzem i wraz z siostrą ruszamy w kierunku wodospadu. Rozmawia nam się doskonale. A rozmawiamy na wiele tematów. O zdrowiu i chorobie, o zmianach w życiu, o zakochaniu, miłosci, o Bogu, życiu codziennym. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie dalej można już tylko iść na piechotę, zabieramy cieplejsze rzeczy i ruszamy w górę. Cały czas rozmawiamy. Siostra Małgorzata to bardzo mądra kobieta, wspaniały rozmówca i słuchacz. Nie są jej obce problemy człowieka, gdyż jest również pielęgniarką. Zmęczeni docieramy do wodospadu i zachwycamy się widokiem. Woda, choć jest jej mało, z wysoka spada do wąskiego kanionu w dole. Skalne ściany porośnięte są mchem i mieszka tam wiele ptaków. Robimy zdjęcia, pijemy wodę, odpoczywamy. A potem ruszamy w drogę powrotna i znów rozmawiamy. O Pasji Mela Gibsona, o Rzymianach, luteranach, życiu, związkach i o wielorybach. Jedziemy do Borgarnes na pole, na którym nocowałem już kilka dni temu. Tu wymieniamy się adresami mailowymi, obiecuję wysłać zdjęcia, jak zeskanuję… i żegnamy się. Ja zostaję, a siostra jedzie do Stykkishólmur.

Siostro Małgorzato, raz jeszcze dziękuję Ci za wspaniały dzień w górach i rozmowy na tematy ważne. Z Bogiem.


Aug 2 2009

Półwysep Snæfellsnes

Zwijam namiot, pakuję plecak i ruszam na zakupy do miasteczka. Idę chodnikiem i nagle słyszę, że ktoś z zachwytem krzyczy moje imię. Odwracam się i widzę ogromny samochód, a z jednego okna głowę wystawia Dilla i macha do mnie rękami i jak zwykle szeroko się uśmiecha. Samochód zjeżdża na pobocze, jest wypełniony ludźmi. Z przodu brat z żoną, z tyłu malutki synek, Dilla i Haddy i oczywiście Polly. Jadą do znajomych kawałek za miasto. Pytam co z Mercedesem. Będzie działał. Dilla mówi, że musi działać, bo trzeba jechać do Polski… i wraz z Haddy wybuchają śmiechem. Chwilę jeszcze rozmawiamy i żegnamy się kolejny raz. Odjeżdżają, a ja idę do sklepu, robię zakupy i wychodzę z miasteczka. Mam zamiar dostać się na zachodnie wybrzeże pod wulkan, który opisał Juliusz Verne w swej książce “Wyprawa do wnętrza Ziemi”. Z drogi zabiera mnie Hiszpan i jedziemy do kościółka, który stoi przy klifach. Wysiadam na skrzyżowaniu w pobliżu, akurat stoi tam para autostopowiczów wiec nastpuje wymiana pasażerów. Oni odjeżdżają, a ja ruszam w stronę kościółka. Malutki, z małym cmentarzem, ale ładnie położony. Trochę spaceruję, robię kilka zdjęć, przygotowuję jedzenie na trawie i ruszam dalej. Krótki autostop do głównej drogi i potem kilka kilometrów z Islandczykami. Trafiam na klify, gdzie mieszkają ptaki. Cale skały pokryte są gniazdami i piórami. W dole rozbija się woda.
Noc mija szybko, a rankiem przez puste przestrzenie jadę z Austriakami do miejsca, gdzie nad klifem wznosi się ogromny kamienny słup. Potem kilka kilometrów z islandzkim małżeństwem, a następnie do portowego miasteczka Stykkishólmur zabierają mnie dwaj młodzi Irlandczycy. Zachwycamy się pięknem gór i kolorami. To będą dwa leniwe dni na półwyspie Snæfellsnes.

Rano stwierdzam, że nieopodal wznosi się Helgafell, święta góra Wikingów, więc wychodzę na jej szczyt. Widok z góry, choć jest pochmurno, maluje się piękny. Odpoczywam.


Jul 31 2009

Dilla i Haddý

Trzeci dzień z siostrami rozpoczął się wspólną herbatą. Zaraz potem ruszamy i jedziemy przez następną górę do kolejnej małej mieściny, gdzie znajduje się muzeum muzyczne. Starszy pan zgromadził w swoim domu płyty i rzeczy sławnych śpiewających osobistości islandzkich. W kuchni, pokoju, salonie i łazience wiszą plakaty, czarne płyty, okładki, zdjęcia, ubrania, mikrofony, kable i wszelkie inne rzeczy, które zgromadził w swoim życiu. Ogólnie to muzeum jest dla mnie mało ciekawe, gdyż z setek twarzy rozpoznaję tylko Björk, która na zdjęciu ma jakieś 10 lat. Przy okazji dowiaduje się, że właściciel owego muzeum śpiewał piosenkę w znanym islandzkim filmie “Children of the nature”. Podobno wszyscy zachwycają się tym filmem i Dilla przykazuje mi go oglądnąć.

W pewnym momencie Mercedes zaczyna wydawać dziwne dźwięki. Poziom hałasu wewnątrz pojazdu podniósł się do poziomu panującego przy odrzutowcu i stanowczo wzrosła temperatura. Dilla dzwoni do brata, który oznajmia, że mogą jechać, ale będzie trzeba silnik naprawić, jak przyjadą. Jedziemy więc, a ludzie z niemałym zdziwieniem patrzą na hałasujący pojazd. Najśmieszniejsze są popasające przy drodze owce, które słysząc nadjeżdżające monstrum, uciekają w popłochu, śmiesznie przy tym podskakując.
Dilla i Haddy zdają się być tym całym hałasem rozbawione. Te dwie kobiety cały czas są uśmiechnięte, jakby nigdy w życiu nie spotkało ich nic przykrego. Ich nastrój udziela się także mnie i trochę się wygłupiamy. Z głośnika leci islandzka, wesoła muzyka i Dilla, siedząc w fotelu, zaczyna wykonywać różne taneczne ruchy. Na szczęście Haddy skupia się na prowadzeniu pojazdu, ale widzę w lusterku, że cały czas się uśmiecha.
Dilla mówi mi, że najgłupsza rzecz, jak mogę kupić w islandzkim sklepie, to woda, ponieważ na wyspie jest najlepsza i jest za darmo.
Co jakiś czas zatrzymujemy się przy małych barach. Robię kilka zdjęć i jedziemy dalej… i wyjeżdżamy z fiordów. Wjeżdżamy na “jedynkę” i zdaję sobie sprawę, że to są nasze ostatnie wspólne chwile. Dilla bierze mapę, siada obok mnie i pokazuje, gdzie będą skręcać, a mnie uświadamia, co jest ciekawego do zobaczenia aż do Reykjaviku.
Haddy wrzuca lewy kierunkowskaz, skręca, zjeżdża na pobocze i gasi silnik. Chwila pożegnania. Wymieniamy się jeszcze adresami, obiecuję przysłać zdjęcia i zapraszam je do Polski. Ściskamy się, a potem Mercedes rusza z wielkim hałasem i powoli znika na drodze.
Trzy dni z siostrami na fiordach były wspaniałe. Kiedy zatrzymywały się, by zabrać mnie z drogi, nie przypuszczałem, że tak miło spędzę czas. W którymś momencie Dilla spytała mnie, czy żałuję, że nie pojechałem do Holmaviku, tak jak początkowo planowałem? Oczywiście, że nie żałuję.

Z drogi zabiera mnie fotograf pracujący w Ameryce. Jedziemy na pobliskie pole namiotowe. Rozmawiamy o fotografii, a na koniec młody reporter pyta mnie, czy może zrobić mi zdjęcie. Wyjmuje z samochodu wielkoformatowy aparat, rozstawia go na statywie na poboczu, mierzy światłomierzem światło i portretuje moją osobę. Ja odwzajemniam się tym samym. Życzymy sobie miłego pobytu i rozstajemy się. Nocą robię jeszcze kilka zdjęć i przygotowuję sobie makaron z warzywami. Nie mam planu na jutro.


Jul 31 2009

Erikur Rauði

O poranku okazuje się, że siostry wciąż tu są, więc po śniadaniu wskakuję do busa i ruszamy w dzikie tereny. Jedziemy wzdłuż linii brzegowej. Droga na przemian wspina się w górę i opada w dół. Zdarzają się nawet kawałki asfaltowe. Czasem prowadzi tuż obok wody, która wdziera się w głąb lądu, a czasem nad przepaściami, gdy samochód ciężko pnie się pod górę. Dilla i Haddy opowiadają mi o swoich dzieciach, puszczają islandzka muzykę i pokazują miejsca, gdzie, jak wierzą, żyją elfy. Trolle mogę zobaczyć tylko w nocy, bowiem światło słoneczne zamienia je w kamień. Gdy patrzę na te przedziwne kształty skał, stwierdzam, że nietrudno sobie wyobrazić trolla lub elfa… lub cokolwiek innego, co zostało w kamień zaklęte. Zjeżdżamy z kolejnego fiordu i moim oczom ukazuje się zardzewiały statek, który stoi na plaży. Podjeżdżamy bliżej i okazuje się, że to najstarszy, stalowy islandzki statek. Rdza wyżarła w nim sporo dziur i niebawem chyba rozsypie się całkowicie. Robię zdjęcia i jedziemy dalej. W malej wiosce, gdzie jest tylko kościół, kilka domów i mała kawiarnia, siostry zapraszają mnie na islandzkie słodkości. Ciepły wafel z dżemem, bita śmietana i gorąca czekolada do picia. Całkiem podobne do gofra. Jedziemy dalej i przez kolejne, tak samo wyglądające góry, przedzieramy się do Bjargtangar, najdalej na zachód wysuniętego miejsca Islandii, a zarazem Europy. Nareszcie zobaczyłem maskonury. Wieje tak mocno, że wolę nie podchodzić do krawędzi klifu. Dilla sporo opowiada mi o wikingach. Dowiaduję się, ze Grenlandia została nazwana Zielonym Lądem dlatego, ze wiking Erikur Rauði (Eryk Rudy) reklamował ją tak wikingom zamieszkującym Islandię, żeby chcieli tam popłynąć i się osiedlić. Wychodzi na to, że w reklamie nic się nie zmieniło od ponad 11 wieków. Dilla opowiada mi także, że przed wikingami żyli na Islandii mnisi, ale nikt do końca nie wie na pewno, gdzie się osiedlili i skąd przybyli. Prawdopodobnie z Irlandii lub Szkocji. Opowiada jeszcze historię o synu Erikura, Leifie Erikssonie, który odkrył Amerykę. Zastanawiam się, kiedy w szkołach zacznie się w końcu mówić o tych wydarzeniach.

Fiordy zachodnie to głównie pusta przestrzeń. Z rzadka pojawiają się małe osady, czasem większe. Wszędzie są góry, kamienie, mchy, trawa, czasem lepszej jakości asfaltowa droga i owce, które wydaja się nie zważać na panujące tu dość trudne warunki do egzystencji. Sporo też jest wodospadów i małych rzek, które spływają z gór. Co jakiś czas stoją pomarańczowe budki, w których można się schronić w razie nagłego załamania pogody i nadać S.O.S.
Wieczorem, po całym dniu jazdy, zjeżdżamy do jednego z setek fiordów i zostajemy na noc. Rozbijam namiot, trochę czytam i idę spać.


Jul 27 2009

Jeśli się zgubiłeś, po prostu wstań

Dwa dni w Akureyri minęły raczej leniwie. W niedzielę uczestniczyłem w luterańskiej mszy, a wieczorem udałem się na muzyczno-modlitewne spotkanie w owej świątyni. Spotkałem też Polaków, trochę porozmawialiśmy, trochę pospacerowałem po mieście i pooglądałem wystawy sklepowe.
Czas minął szybko, rankiem wychodzę na wylotówkę z miasta. Po drodze kupuję butlę z gazem, gdyż obecna się kończy, robię spożywcze zakupy i klasycznie już wystawiam kciuk z zamiarem dostania się w pobliże zachodnich fiordów. Po chwili zatrzymuje się czerwony samochód, ale młody chłopak stwierdza, że skręca, więc nie bardzo będzie mógł mi pomóc. To nic, za chwilę nadjedzie mój kierowca. I nadjeżdża w średnim wieku kobieta. Samochód jest kompletnie załadowany różnego rodzaju produktami. Gasi silnik, wysiada i zaczyna wszystko przekładać. Plecak ląduje z tyłu, a ja z przodu. Okazuje się, że jedzie do Reykjaviku do przyjaciół, a to oznacza, że zabierze mnie aż do granicy fiordów. Przez ok. 250 km rozmawiamy o owcach, kryzysie, krajobrazach, rządzie i wielu innych rzeczach. Leelee bardzo dobrze mówi po angielsku, więc ciężko mi czasem zrozumieć, o co chodzi, ale ostatecznie udaje się nam porozumieć. Dojeżdżamy do miejsca naszego rozstania i zostaję przez Leelee obdarowany jedzeniem. Dostaję pomidory, jabłka, ser żółty, soki pomarańczowe i chleb. Kolejny raz przekonuję się o tym, że ludzie potrafią być dobrzy. W każdych mediach eksponuje się te złe rzeczy… owszem, one są, ale dlaczego nie mówi się o tych dobrych, małych gestach drugiego człowieka? Ktoś wyciąga rękę, obdarowuje czymś, uśmiecha się, pomaga. Będę zawsze pamiętał o tych gestach, nawet jeśli przytrafi mi się coś przykrego, nie zapomnę o tym, że wszędzie są ludzie, którzy wyciągną rękę i sprawią, że się uśmiechnę.

Dziś jest bardzo wietrznie i pada. Wiatr niemal zwala z nóg i ciężko się idzie. Przechodzę kilkadziesiąt metrów na drogę, która wiedzie w głąb fiordów. Po chwili zatrzymuje się bus. Dwie dziewczyny, siostry w średnim wieku, obie ubrane na czerwono… i pies. Jedziemy, rozmawiamy, podwozimy kawałek jeszcze jednego autostopowicza. Droga tylko czasem jest asfaltowa. Zamierzam dostać się do Holmavik, ale siostry tam nie jada, wiec postanawiam poddać się wydarzeniom i jechać z nimi. One jeszcze też nie wiedzą, gdzie zostaną na noc i gdzie pojadą jutro. Ale to nic, ja mam jeszcze 12 dni. Po drodze jedna z dziewcząt pokazuje mi pole pełne chaszczy i mówi, że to typowy islandzki las. A potem opowiada narodowy kawał. Jeśli zgubiłeś się w lesie i nie wiesz, co zrobić, po prostu wstań. I obie wybuchają śmiechem. Zjeżdżamy z drogi, siostry idą na basen, a ja na pole namiotowe. Mówią, że nie wiedzą, czy tu zostaną, ale jeśli zostaną, a ja jutro tu będę, to mogę jechać z nimi dalej. Zobaczymy jutro. Teraz czas na kolację.


Jul 25 2009

Wodospad bogów

8 stopni, 61 km od Parku Narodowego Jökulsárgljúfur

Nareszcie wyszło słońce. Siedzę na wzgórzu w Husavik i podziwiam widoki. Po lewej ośnieżone góry, po prawej wielka woda, aż po horyzont. Robię kilka zdjęć i leniwie płynie mi czas. Wstaję jednak i idę na drogę. Po minucie zatrzymuje się samochód. Z daleka widzę, że mruga światłami. To ci sami Niemcy, którzy zabrali mnie wczoraj. W wesołej atmosferze jedziemy do Jökulsárgljúfur. Droga jest kamienista, ale w końcu docieramy do wodospadu. Jest piękny, jednak następny, Dettifoss robi na mnie niesamowite wrażenie. Można podejść do samej krawędzi. Woda spada w dół wydając przerażające tchnienie i tworzy mgiełkę, która unosi się nad kanionem. Wracamy na parking, rozsiadamy się na kamieniach i raczymy się posiłkiem. Potem moi dobroczyńcy stwierdzają, że nadrobią trochę drogi i zawiozą mnie na pole namiotowe. Rozstajemy się i życzymy sobie trzeciego spotkania na drodze. Wieczorem idę jeszcze na spacer do kanionu i dochodzę do miejsca, które, jak głosi legenda, jest odciskiem wielkiego konia, na którym jeździł Odyn. Obserwuję wszystko z góry. Słońce pięknie oświetla jedną ścianę kanionu, a nad nią, na tle ciemnego nieba maluje się tęcza. Wracam do namiotu i zasypiam.

Wietrzny ranek…
Jak zwykle droga jest pusta aż po horyzont. Ale nie czekam długo. Trzech młodzieńców zabiera mnie do Husavik. Wydaje mi się, że są zbyt młodzi, by posiadać prawo jazdy, ale nie wnikam, tylko wsłuchuję się w dudniący bas z niskotonowego głośnika. Wysiadam w miasteczku, przechodzę na jego drugą stronę i po dwóch minutach zatrzymuje się młode małżeństwo. Trochę rozmawiamy o mojej podróży, a potem zapraszają mnie na śniadanie do domu swojej babci. Gdy wchodzę do domostwa, babcia akurat układa pasjansa. Oddala się jednak chwilowo i przygotowuje mi grzanki i kawę z mlekiem. Przy stole stoi wiaderko, w którym przebywają dwa kilkutygodniowe kurczaki. Potem przychodzi dziadek, wyjmuje kurczaki i zaczynają one spokojnie dreptać po okrągłym stole. Rozmowa tylko czasem przechodzi na język angielski, więc ze sporym opóźnieniem dowiaduję się o co chodzi. W końcu wstajemy, idziemy zobaczyć owce, żegnam się z rodziną i młoda mężatka wywozi mnie na główną drogę. To miejsce, gdzie zbiegają się trzy drogi. Ale i tak nic nie jedzie, a jeśli jedzie, to w przeciwnym kierunku. Spaceruję po poboczu i słucham własnych kroków. Śpiewam…
Pojawia się samochód, skręca w moim kierunku i kierowca zaprasza mnie do środka. Diego jest ze Szwecji i przyjechał tu do pracy. Pracuje w hotelu w dolinie i mówi, że ze względu na lawiny, zimą wszyscy się stąd wyprowadzają. Jedziemy do Goðafoss. Wodospad widać już z drogi. Nazwa wzięła się od wydarzenia, które miało tu miejsce ok 1000 roku. Gdy Islandia przyjęła chrześcijaństwo, zrzucano stąd posążki pradawnych bogów. Siadam na trawie i piszę. Niemiecki turysta robi mi zdjęcia, a starsza pani zachwyca się Bobikiem, który wiernie trzyma się plecaka przez całą podróż.

Obecnie jestem w Akureyri i tu zostanę dwa dni.


Jul 25 2009

Dimmuborgir i Harry Potter

Dziwny dzień. Rano wyruszyłem do sławnego Dimmuborgir. Część drogi przeszedłem na piechotę, a kilka kilometrów podwiózł mnie starszy Islandczyk. Mroczne Miasto rzeczywiście robi wrażenie. Skały wznoszące się na kilka metrów tworzą niesamowity klimat. Szlak zawiódł mnie pod wulkan, wiec wyszedłem na jego szczyt. Z góry krajobraz był imponujący. Wiatr natomiast chciał mnie chyba zepchnąć w dół, gdyż był tak silny, że ledwo szedłem. Obszedłem krater dookoła i wróciłem do Dimmuborgir. Kompletnie zmęczony siadłem na kilka chwil na tarasie z widokiem na Mroczne Miasto. Potem ruszyłem w drogę z zamiarem dostania się do głównej “jedynki” a dalej w lewo, gdziekolwiek. Zabrały mnie cztery dziewczyny, które skręcały w prawo, ale byłem tak zmęczony, że nie chciało mi się wysiadać na skrzyżowaniu, więc wróciłem do miasteczka Reykjahlíð. Rozbiłem namiot na polach lawy, co nie było łatwe. Na szczęście nad samym brzegiem jeziora było trochę trawy. W nocy padało, ale rano przywitało mnie słońce.

Z drogi zabiera mnie uśmiechnięta kobieta. Je hot-doga, za co mnie przeprasza. Zupełnie nie wiem dlaczego. Christine jedzie do swojej córki i jej męża z dziećmi. Jedziemy drogą bez asfaltu. W samochodzie wszystko się trzęsie, ale nie przeszkadza to Christine utrzymywać prędkość 100 km/h.
Z przyjemnością przyjmuję zaproszenie na śniadanie. Zjeżdżamy z drogi do małego miasteczka Laxarvikjun nad rzeką Laxa. W domu akurat jest zjazd rodzinny. Są dwie córki Christine wraz z mężami i dziećmi… dwiema dziewczynkami i czterema chłopczykami. Do tego roczny pies Felix i kotka Ana, która piec tygodni temu przyniosła na świat młode kocięta. Z racji tego, iż jedno ma na czole białą bliznę, dostało na imię Harry Potter, a dwa pozostałe to jego przyjaciele… Hermione i Ron.
Okazuje się, że jedna z córek pracuje w pobliskiej wodnej elektrowni i po śniadaniu zabierze nas tam. Elektrownia mieści się we wnętrzu góry. Wchodzimy, zakładamy białe hełmy i idziemy oglądać źródło prądu dla pobliskich miast. Tunele robią na mnie wrażenie. Wszystko wykute jest w skale i oświetlone delikatnym światłem. W środku zorganizowana jest wystawa rzeźb pradawnych bogów. Robię kilka zdjęć, choć jest zbyt ciemno. Potem Christine odwozi córkę do domu, a mnie zabiera na główną drogę. Po drodze stwierdza, że zawiezie mnie jeszcze dalej, do lepszego miejsca, gdzie łatwiej złapię następny samochód. Wysiadam na skrzyżowaniu, żegnamy się i Christine odjeżdża. Zostaję sam na drodze. Będę zawsze miło wspominał ten dzień. Po chwili zabierają mnie Niemcy do Husavik. Szukam miejsca do rozbicia nad morzem, ale zaczyna padać i leci grad, więc stwierdzam, ze pójdę na pole namiotowe i wezmę ciepły prysznic. To był dobry dzień. Dobranoc.


Jul 23 2009

Mývatn

Nie było łatwo wyjechać z Egillstaðir. Wiatr nadal był przenikliwy, temperatura 5 stopni (pomiar z tablicy przy drodze) i do tego przez dłuższy czas nikt nie chciał się zatrzymać. To były moje pierwsze chwile zwątpienia. Ale na szczęście malutki kawałek zabrał mnie mieszkaniec miasteczka, który jechał po ryby, potem 10 km Słowak, który szukał jakiejś bocznej drogi, ale pojechał za daleko. W pewnym momencie stwierdził, że musi zawrócić. Tam wysiadłem… tam padało. Na szczęście po nie bardzo długim czasie zabrał mnie starszy pan i zawiózł 140 km nad samo jezioro Myvatn. Po drodze sporo rozmawialiśmy. Dowiedziałem się, że stojące co jakiś czas stosy kamieni wyznaczały drogę dla konnych w dawnych czasach. Starszy pan, pewnie dlatego, że był zajęty rozmową, nie zawsze trzymał się prawego pasa. Na szczęście ruch ograniczał się do przejeżdżającego z przeciwka samochodu raz na 5 minut. Jechaliśmy przez jałowe tereny, acz bardzo piękne. Wszędzie wznosiły się góry o niezwykle intensywnych kolorach brązu i szarości, czasem pokryte kępką trawy i śniegiem.
Starszy pan potrafił liczyć po polsku do piętnastu i znał kilka rosyjskich slow. Opowiedział mi też historię o dwóch Niemcach, którzy w zeszłym roku wyruszyli na lodowiec i zaginęli. Mówił, że świeżo nasypany śnieg pokrywa szczeliny i samotny wędrowiec nie ma szans, gdy nie zauważy takiej pułapki. A nie zauważy na pewno. Dlatego zawsze trzeba mieć towarzysza lub grupę i wszyscy muszą asekurować się liną. Opowiadał tez o wikingach i o tym, że z zachodnich fiordów można podobno przy odpowiednich warunkach zobaczyć Grenlandię. Nie widział, ale tak słyszał. Dojechaliśmy do jeziora i tu się rozstaliśmy.

Wokół jeziora wszystko pokryte jest zastygłą lawą. Ale sporo tu też roślinności. I kwiatki nawet fioletowe i żółte.
Siedzę na trawie i słucham ptaków, patrze w wodę i na chmury. W oddali pnie się góra oświetlona niskim słońcem. Jest cicho…


Jul 20 2009

Carpe diem

Każdego dnia wygląda to podobnie. Staję na drodze, ktoś się zatrzymuje.
Skąd jesteś?… O, naprawdę? Gdzie śpisz?… I nie jest ci zimno? Jak długo zostaniesz? Jak się tu dostałeś?
Ale lubię to. Bo poznaję nowych ludzi, uczę się z nimi rozmawiać, razem podziwiamy widoki, które mkną za oknem. Ufam ludziom. Myślę, że człowiek z natury jest dobry i tak chce ludzi postrzegać.

Dziś przeczytałem w dzienniku, który dostałem od Magdy ładny tekst:
“Dzień każdy zrywaj jak owoc! Nie czekaj, nie czekaj jutra!”
Przypomina mi się “Stowarzyszenie umarłych poetów”, gdzie pan Keating przypominał swoim uczniom, by chwytali chwile i każdy dzień czynili pięknym, bo jutro będą gryźć ziemię i zostanie po nich jedynie proch.
“Rwijcie róż pęki, póki młode,
Czas pierzcha w bystrym pędzie.
Kwiat co dziś stroi się w urodę.
Jutro umierać będzie.”

Jestem na wschodnich fiordach. Dotarłem tu białym jeepem z Niemiecką rodziną. Trochę pospaceruję i pojadę dalej. Tak myślę, że dotrę do fiordów zachodnich i zniknę na kilka dni w dziczy.
Jest południe… poszukam sklepu i kupię sobie jakieś ciastka.

Do Eskifjördur dotarłem z Czechami. Rodzice i dwie córki najwyraźniej stwierdzili, że to nie problem, by w ich samochodzie znalazła się jeszcze piąta osoba. Jedziemy spory kawałek. Od 200 niemalże kilometrów krajobraz się nie zmienia. Z prawej ocean, z lewej góry. Ale i tak zapiera mi dech. Po drodze dowiaduje się, że matka i ojciec, ze względu na różne wydarzenia w Czechach, nie lubią Rosjan. Zadają mi, w sumie dość głupie pytanie, czy ja ich lubię? Oczywiście, że lubię, nie ma powodu by było inaczej. Nie rozumiem takiego myślenia. Trudno przecież winić współczesnych ludzi za błędy poprzednich. Potem rozmawiamy o filmie “Into the wild”. Rodzice stwierdzają, że był kiepski, a jedna z córek pyta mnie, czy czuje się jak Alex Supertramp? Nie, nie czuje się tak. Nie będę palił swoich pieniędzy, a ostateczne motto bohatera jest prawdą dla mnie już od dawna.
Dojeżdżamy do darmowego pola namiotowego. Co ciekawe, są tu nawet drzewa. W oddali wznosi się góra i wodospad, wiec idę tam i próbuję znaleźć miejsce na rozbicie namiotu, ale jest zbyt stromo, wiec wracam na pole namiotowe. Jest ciepły prysznic i prąd. To dobrze, bo dziś jest zimno i wietrznie. Wieje tak mocno, ze zastanawiam się, czy mój namiot to przetrzyma. Noc mija mi na ciągłych pobudkach. Sprawdzam, czy namiot stoi i znów zasypiam. Rano zabiera mnie znów ta sama rodzina i jedziemy do Egilsstaðir.

W bibliotece oczekując na wolny komputer stwierdzam, że jest tu dział z Polską literaturą. Mickiewicz, Sienkiewicz, Opowieści z Narnii po Polsku. Wciąż jeszcze nie wiem, co zrobić z resztą dnia. Może wyjdę na drogę i pojadę gdziekolwiek. A może pójdę nad rzekę. Miasteczko nie jest ciekawe, a i okolica nie jest jakaś bardzo zachwycająca. Jedyne, co dziwi, to las. Drzewa to tutaj rzadkość.


Jul 18 2009

Laguna

O poranku szybko łapię stopa. Islandzka rodzina wiezie mnie w okolice Kvisker. W samochodzie jest jak w saunie. Kiedy otwieram drzwi, żeby wysiąść, przenika mnie zimny wiatr. Znów pusta droga. Czekanie, aż na horyzoncie pojawi się mały, ruchomy punkt. I pojawia się. Robi się coraz większy, aż w końcu zatrzymuje się obok mnie. Młodzi Belgowie wiozą mnie do niezwykłego miejsca. Jökulsarlon to przepiękna laguna, w której pływają bryły lodu. W tle widać lodowiec i góry pokryte śniegiem. Wypogodziło się. Słońce nadaje temu miejscu przepiękne kolory. Płynie foka, patrzy na brzeg, jakby zdziwiona tymi wszystkimi ludźmi. A potem nurkuje i znika w bezkresie błękitnej wody. Robię sobie kanapki i z przykrością stwierdzam, że zgubiłem gdzieś swoją czapkę. To już druga w tym roku. Dobrze, ze mam jeszcze chustę, choć to nie zastąpi ciepłego polarka. Przepływa rodzina kaczek i ptaki nurkują. Odłamują się kawałki lodu i przy głębokim dźwięku wpadają do wody.
Znów się zachwycam. Każdego dnia mógłbym pisać, że jestem w najpiękniejszym miejscu na Ziemi. Jestem zaczarowany.
Przechadzam się jeszcze wzdłuż laguny. A potem idę na drogę… do Höfn.


Jul 18 2009

Pradawny lód

Wcześnie rano wychodzę na drogę. Główna “jedynka” jest pusta aż po horyzont. Tylko co jakiś czas wyjeżdżają samochody z pola namiotowego, ale głównie w przeciwnym kierunku. Góry dziś toną w chmurach. Ogromne, kłębiaste, mroczne obłoki ciężko zwisają nad wierzchołkami. Nie chciałbym tam teraz być. Są nisko, jakby na wyciągnięcie ręki.
Widzę samochód na horyzoncie, minie chwila nim dojedzie…
Dojeżdża i przejeżdża, jakby mnie nie było. Znów czekam. Ciszę mąci tylko wiatr i śpiew ptaków. Dziś jest jakiś dziwny dzień. Nikt nie chce się zatrzymać. Przed chwilą przeszedł obok mnie inny autostopowicz… i poszedł dalej.

Wreszcie zatrzymał się samochód. Rodzina z Francji nie miała wiele miejsca, ale upchali wszystkie swoje bagaże tak, że i ja się zmieściłem. Jedziemy wśród gór, które toną we mgle. Widok zapiera dech. Nigdy w życiu nie widziałem takich krajobrazów. Przejeżdżamy przez Vik… małe miasteczko pod mglistymi górami. Po prawej bezkres oceanu. Przez okno samochodu widzę innych autostopowiczów, a tablica przy drodze informuje, że na zewnątrz jest 11 stopni. W Polsce pewnie upały.
Skończyły się góry i rozciąga się wielka pusta przestrzeń. Przed nami już tylko droga, która niknie gdzieś w chmurach w oddali.
Zasnąłem… Gdy się obudziłem, mknęliśmy przez jałowy krajobraz. Jakbym był na jakiejś innej planecie. Pustej, bez drzew, bez krzewów, tylko zastygła lawa pokryta jakimś jasnym mchem.
Dojeżdżamy do Kirkjubæjarklauster. Nawet nie potrafię tej nazwy przeczytać. Francuzi tutaj zostają, ja wysyłam kartkę, kupuje paprykę i ciastka, bo strasznie mi się chce słodkiego, a potem ustawiam się za rondem. Pada deszcz…
Mija pól godziny, zatrzymuje się para z Niemiec. Dziewczyna wysiada i przekłada plecaki, by zrobić mi odrobinę miejsca z tyłu. Przygniatam się własnym plecakiem, przekręcam głowę, by nie wciskała się w dach i jedziemy. Po drodze staram się jeszcze zmienić pozycje, by uchwyt od drzwi nie wbijał mi się w prawe kolano.
Krajobraz jest jeszcze bardziej jałowy. Nie rośnie już nawet trawa. Wszystko jest szare. Pejzaż jak z Księżyca. Dojeżdżamy do Skaftafell. Znowu park narodowy. Rozbijam się wiec na polu namiotowym. 850 ISK.

Po obiedzie idę zobaczyć lodowiec. Z daleka już widzę nieprawdopodobne cuda. Lód wciska się w ląd. Nie jest biały, raczej brudny a miejscami nawet czarny. Podchodzę bliżej. Wieje i pada, jest zimno i marzną mi dłonie. Dobrze, ze kupiłem czapkę w Reykjaviku. Trochę za duża ale jest ok. Mam przed sobą wodę zaklętą w lód przed wieloma erami. Mogę dotknąć tej tajemnicy, poczuć jej chłód pod palcami. Ostrożnie wchodzę na lód i powoli maszeruje. W dole płyną rzeki, które maja źródła we wnętrzu tego mroźnego tworu. Widzę przedziwne kształty. Szczeliny, jaskinie, urwiska. Szkoda, ze nie oświetla tego słońce. Jest mgła… też ładnie. Robię kilka zdjęć i mija mi kilka godzin. Wracam do namiotu i zostawiam ten cud na kolejne tysiące lat. Plan na jutro… koniecznie kupić chleb, bo tego starczy mi tylko na śniadanie.


Jul 17 2009

Cisza…

O poranku po 5 minutach zabiera mnie starsze niemieckie małżeństwo. Wielka przyczepa ciągnięta przez mercedesa świadczy o tym, że moi dobroczyńcy spędzają tu długie wakacje. Okazuje się, że jadą do Selfoss, czyli tam gdzie ja. Jedziemy kawałek drogą, którą jechałem wczoraj. Wśród gór, pięknych pól, pasących się koni i przechodzących przez jezdnie owiec z młodymi. Góry są imponujące… u podnóża zielone, im wyżej, tym bardziej surowe. Skręcamy… od teraz wszystko jest znów nowe. Hekla jest po lewej, po prawej pusta równina aż po horyzont. Zatrzymujemy się na chwile, wychodzimy na małe wzniesienie i oglądamy Kerið… wielkie oko wodne, a w Selfoss się żegnamy.
Robię w miasteczku małe zakupy, znajduję internet i ustawiam się na wylotówce w stronę Hella. Tym razem dość długo czekam nim nadjeżdża starsza pani, która postanawia zabrać mnie kilkadziesiąt kilometrów. Wysiadam na skrzyżowaniu. To główna droga przez Islandię, ale znajduje się na kompletnym pustkowiu. Jest cicho, słychać tylko kamienie pod moimi butami. Czasem przejeżdża samochód… co jakiś czas nawet kilka na raz. Czasem ktoś macha, ktoś się uśmiecha, rozkłada ręce pokazując, że nie ma miejsca.

Zatrzymuje się jeep. Starsza pani pracująca w hotelu wiezie mnie kilka kilometrów dalej. A potem pielęgniarka z miejscowego szpitala. Trochę rozmawiamy o muzyce. Jest całkowicie zaskoczona, ze znam Múm i Sigur Rós. Mówi, że mało kto zna tą muzykę. Wysiadam przy wodospadzie Skogafoss. Jest piękny. Rozbijam namiot i robię ryż z sosem z warzywami. Postanowiłem nie kupować mięsa bo jest za drogie.

Wieczorem wybieram się na spacer w górę rzeki. Gdy wychodzę na górę, skąd rzeka spada w dól, zdaję sobie sprawę, że jestem w jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie w życiu widziałem. Woda wije się miedzy ogromnymi skałami, wśród przepięknie zielonych pól. Nieopodal góry pokryte śniegiem… świadkowie tego, jak zmienna potrafi tu być pogoda. Robię kilka zdjęć i siadam na trawie. Nie ma już tutaj nikogo. Turyści wrócili do namiotów, przyczep, może odjechali do jeszcze piękniejszych miejsc. Mijają długie minuty w ciszy. Dwie owce przede mną skubią trawę. Jest tak spokojnie…




sms od Magdy:
… tekst z New Model Army …

I´ll take you ;-)



Jul 16 2009

Na krańcach świata

Geysir, 22:06, szczyt góry, wciąż jasno…

Trudno opisać uczucie, które towarzyszy człowiekowi, gdy staje na szczycie góry. Po lewej stronie ośnieżony masyw górski. Na wprost Hekla przyjmuje ostatnie promienie słońca, które powoli chowa się za góry za moimi plecami. Po prawej wodne rozlewiska… z tej wysokości, jakby wstążki jaśniejące i kałuże, w których odbija się niebo. A w dole, u stóp czerwonych skał, co 10 minut, od niepamiętnych już czasów wybucha gejzer. Cóż to za dziwne zjawisko? Niebo się wypogodziło… a myślałem, że będzie padać.
Scenariusz mojego życia zapewnia mi wiele emocji… jakby nie było, na nudę nie mogę narzekać. Jednego dnia lezę w szpitalu… innym razem oglądam kraniec świata ze szczytu. Ciekaw jestem co czeka mnie jutro… i następnego dnia…. i …

Wieje, wracam na dół, do namiotu. Jeszcze na koniec dnia herbata.
A jutro w stronę południowego wybrzeża.
Dobranoc…


Jul 15 2009

Take food! Leave food!

Żeby dostać się z centrum na wschód, na pole namiotowe, zastosowałem klasyczny już sposób. Mała stacja benzynowa, szybkie pytanie, czy kierowca wie, gdzie jest pole i czy przypadkiem tam jedzie. Oczywiście, że jedzie :-)
Warunki na polu były bardzo wysokie. Kuchnia, prysznice, ciepła woda. Możesz zabrać jedzenie, które leży w kuchni, ale zasadą jest, że zostawiasz coś własnego.

Z porannej modlitwy:
“Dobrze to jest, że doświadczamy niekiedy przykrości i przeciwności; albowiem one częstokroć budzą serce w człowieku, przypominając mu, że jest na wygnaniu i że przeto nie ma pokładać nadziei w żadnej rzeczy tego świata.”
Tomasz z Kempis

Z pola namiotowego ruszam piechotą. Spytany o drogę kierowca podarował mi mapę, mówiąc, żebym ją zabrał, aby się nie zgubić… to było bardzo miłe.
Z przystanku autobusowego zabiera mnie starszy pan, który twierdzi, że tutaj nikt się nie zatrzyma, więc on mnie zabierze. Docieramy do glównej “jedynki”. Ze stacji benzynowej ogromnym jeepem ruszam w stronę Þingvellir z młodym ojcem i jego córeczka. Potem kawałeczek z miejscowym stolarzem i następnie do samego Þingvellir z dwiema Włoszkami. Jedna z nich znała nawet dwa słowa po Polsku. Jedno to “stacja”, a drugiego nie pamietała :-)

Þingvellir, czyli “równina zgromadzeń”, to miejsce, w którym zbierał się Althing, czyli średniowieczny islandzki parlament. Jest to też najstarszy na wyspie park narodowy. Miejsce owo jest bez wątpliwości piękne. Szybko jednak postanawiam pojechać w obojętnie którym kierunku.
Z drogi zabiera mnie Guy, Valérie i ich córeczka Ariane. Guy lubi podróżować wraz z rodziną, ale boi sie latać samolotami. Przerobił więc swojego busa Peugota na jeżdżące mieszkanie. Pochodzą z Francji, mieszkają w górach i postanowili pojeździć trochę po Islandii. W czasie naszej drogi zaproponowali posiłek, a ja zaparzylem dla wszystkich zieloną herbatę. Gdy jechaliśmy do Geysir, po prawej stronie na horyzoncie dumnie malowała sie Hekla… przykryta śniegiem, jakby śpiąca. Któregoś dnia wulkan się przebudzi. Mój poprzedni kierowca mówił, że ludzie boją się tej chwili. Czekają…

Zobaczyliśmy gejzery. Tylko jeden wybucha, mniej więcej co 10 minut. Reszta tylko dymi i emituje nie bardzo przyjemny zapach zgniłych jajek.
Ruszamy dalej do Gullfoss przy muzyce Placebo. “Złoty wodospad” prawdziwie robi wrażenie. Po dwóch progach woda spada do ogromnego kanionu, by następnie zniknąć za ogromnymi skałami. Jestem pod wrażeniem tego zjawiska. Ziemia jest taka piękna.

Moi dobroczyńcy podwożą mnie jeszcze na pole namiotowe i tam się rozstajemy. Podarowują mi jeszcze wodę, a ja obiecuję wysłać im nasze wspólne zdjęcie. Odjechali na północ, w kierunku gdzie wyrastał lodowiec.
Patrzę w niebo, tej nocy chyba będzie padać.

sms od taty:
… przemierzaj bezpiecznie nie znany ci świat i spotykaj po drodze tylko przyjazne dusze…

Tak właśnie się dzieje :-)


Jul 14 2009

Ultima Thule

Keflavik, 8:55, 10 stopni, wietrznie…

Jeszcze się nie oswoiłem do końca z myślą o tym, że wylądowałem w mitycznej Ultima Thule. Pierwszy krok z lotniska nie do końca był pewny. Na tyle niepewny, ze dwa razy wychodziłem z lotniska… za każdym razem ubrany cieplej. Nocny wiatr był bardzo przenikliwy. Nie przeszkadzał mi jednak w zaśnięciu na łące za lotniskiem. Nie rozbiłem namiotu, tylko wskoczyłem do śpiwora i oglądając czerwone niebo zasnąłem. Nocą jest widno a kolory na horyzoncie przepiękne.

O poranku szybko łapię stopa. Imienia mojego kierowcy nie zapamiętałem, ale w drodze do centrum Keflaviku miło nam się rozmawia. Jest jeszcze wcześnie, wiec wszystko jest pozamykane. Czekam na otwarcie banku, gdzie będę mógł wymienić euro na islandzkie korony, siedzę na skalach , patrze w wielką wodę i na majaczące w oddali góry. Pięknie…
Poznałem Andreasa z Kanady. Jest historykiem i opowiadał mi o wikingach. O 9:15 otwarto banki, wymieniam pieniądze i w końcu mogę zakupić jedzenie i wodę. Z wylotówki na Reykjavik zabiera mnie miły pan, który podwozi mnie do sklepu, gdzie kupuję butlę z gazem. Ceny są dla mnie dość wysokie.

Ze względu na to, że w Keflaviku nie udało mi się kupić potrzebnych rzeczy, postanawiam pominąć pierwszą część planu i jeśli starczy czasu, południowo-zachodnie wybrzeże zobaczę pod koniec mojej podróży.

Reykjavik, informacja turystyczna, gorąco…

Dotarłem do ścisłego centrum. Spróbuję zobaczyć trochę miasto, a potem odszukam pole namiotowe.
A jutro? … Jutro jest jeszcze tajemnicą.