Islandzkie koło
Z Husafell zabiera mnie o poranku para Francuzów i jedziemy do głównej “jedynki”, a potem kawałek za Borgarnes. Francuzi jadą do wodospadu Glymur, tam gdzie ja byłem z siostrą Małgorzatą. Po drodze sporo rozmawiamy o muzyce i filmie. Wysiadam na skrzyżowaniu i ustawiam się przy zatoczce, tuż przed znakiem informującym, że dalej nie wolno iść na piechotę ani jechać rowerem. Po pięciu minutach zabiera mnie para młodych Islandczyków i ruszamy do Reykjaviku. Przejeżdżamy tunelem pod fiordem i z drugiej strony widać już stolicę Islandii. Moi dobroczyńcy podwiozą mnie na pole namiotowe, gdzie zostanę do piątku. W ten sposób zamykam autostopowe, islandzkie koło. Wyspa na długo zostanie w mojej pamięci, a szczególnie ludzie, bez których moja przygoda nie byłaby możliwa. Trochę żałuję, że nie udało mi się pojechać do interioru i w głąb fiordów zachodnich, ale przynajmniej będzie to temat do zrealizowania w przyszłości. Marzy mi się jeszcze przyjechanie tutaj zimą i zobaczenie na własne oczy, dlaczego Islandczycy nazywają wyspę Blue Island. To z całą pewnością kraina, do której będę chciał wrócić.
Reykjavik to jakby trochę inna Islandia. Pełno tu ludzi, samochodów, samolotów, sklepów i typowego miejskiego hałasu. Dość często słyszę Polaków. Trochę spaceruję po mieście, trochę oglądam wystawy i kupuję kartki, które powieszę na ścianie, obok tych z poprzednich lat. Sporo rzeczy tutaj zrobionych jest pod turystę. Cześć z nich, jak choćby dość gęsto ustawione punkty informacji, są bardzo pomocne. Jednak najwięcej jest sklepików z pamiątkami, które oferują artykuły dla mało wymagającego klienta, ale za to bogatego w pieniądze. Ciężko znaleźć jest coś, co ewidentnie nie jest wytworem masowej produkcji, mającej tylko naśladować dawne czasy Wikingów i jednocześnie nie rozleci się zaraz po pierwszym użyciu. Owszem, są też sklepy z typowym rękodziełem islandzkim, jednak produkty te przeznaczone są chyba tylko dla wysoko zamożnego klienta, a nie dla przeciętnego proletariusza. Staram się więc zaglądać do małych księgarenek i sklepików, gdzie nie ma nad drzwiami ogromnego napisu TAX FREE. W stolicy Islandii jest to jednak trudne.
Czwartek, wieje wiatr, czasem pada mniej
Dziś moja ostatnia noc na wyspie. Rozmyślam sobie o całej podróży, ludziach, których poznałem i o pięknie Ziemi, które ujrzałem. Wiatr, deszcz, grad, tęcza, góry, wulkany, lodowce, laguny, przedziwne skały… tyle piękna na jednym skrawku ziemi na oceanie. Aż trudno czasem uwierzyć, że to miejsce jest prawdziwe. Jutro rano autobusem pojadę na lotnisko. A potem Islandia będzie robiła się coraz mniejsza… i mniejsza… i mniejsza… aż zniknie gdzieś pod chmurami. Do zobaczenia w Polsce.







