Po wyjściu ze stacji podbiegłem do młodego człowieka, by zapytać, czy wie gdzie jest pole namiotowe, które mam zaznaczone na mapie. On odparł, że wie i że nas tam zawiezie. Okazało się jednak, że pole to jest zamknięte. Zawiózł nas więc pod ruiny zamku w Caldicot, gdzie rozbiliśmy namiot pod samym zamkiem. W miejscowym pubie poznaliśmy miłą rodzinę, która opowiadała mi dlaczego tu są i uczyli mnie poprawnie po walijsku wypowiedzieć nazwę miasteczka gdzie mieszka Marta i Michał, a w którego kierunku rano wyruszymy. Spróbowałem też dwóch walijskich piw. Są bardzo dobre, jednak kompletnie inne niż polskie. Sama piana jest bardzo delikatna i dobra, a barmanka nalewa do kufla tak, że wszystko wystaje sporo ponad kufel. Nocą pod zamkiem mieliśmy gościa w postaci zająca :)
Za wszelką cenę chciałem dziś dotrzeć do Dolgellau, do Marty i Michała, ale mieliśmy do pokonania blisko 300 km. Rano ustawiliśmy się w dogodnym miejscu. Po chwili z samochodu machali nam członkowie wczoraj poznanej rodziny. 10 minut później zatrzymał się dla nas młody kierowca, ściszył muzykę do 90 dB i oznajmił, że zawiezie nas do Chepstow. Tam po 15 minutach złapaliśmy sportowy samochód z kierowcą, który zawiózł nas do następnego większego miasta, Monmouth. Po drodze oznajmil, że nigdy nie jeździ tą drogą, ale dziś wyjątkowo postanowił nadrobić drogi. Wiedział, że będziemy czekać ?? :)
W Monmouth nie mogliśmy znaleźć dobrego miejsca by wbić się na autostradę, więc do dużego miasta Abergavenny dojechaliśmy autobusem. Trasa prowadziła przez pięknie położone wioski, gdzie drogi były tak wąskie, że ledwo mieścił się na nich autobus. Troszkę zwiedziliśmy miasto i z wylotówki zabrała nas w daleką drogę do Builth Wells młoda dziewczyna w kompletnie zapakowanym walizkami samochodzie. Tam po dwóch minutach nadjechał nasz kierowca jeepem, który zabrał nas w kolejną daleką drogę na zachodnie wybrzeże Walii.
Ostatni odcinek, już do samego Dolgellau przejechaliśmy z dwoma członkami zespołu folkowego, którzy mają dziś grać na festiwalu w miasteczku. Byli bardzo zaskoczeni tym, że jedziemy autostopem. Kierowca mówił mi jak na północy Walii powinienem wymawiać nazwę Dolgellau. Język rózni się tu troszkę od tego na południu kraju. Bardzo miłym gestem było podarowanie nam płyty z ich muzyką. 
Walia jest nieprawdopodobnie zielona. Gdy jechaliśmy przez góry padał deszcz i wszystko było ukrute we mgle. Zakochałem się w tych widokach. Na łąkach pasą się owce, przez łąki płyną strumyki, czuć świeże i wilgotne powietrze. Wieczorem poszliśmy do ruin opactwa cystersów. W Anglii i Walii nie spotkaliśmy na razie ani jednego autostopowicza. Ludzie mówią, że to nie jest już takie popularne jak kiedyś. Ze stopowaniem tutaj jednak nie ma najmniejszego problemu.
Czuję się doskonale… znów jestem w podróży… znów odkrywam świat i siebie…