Jul 29 2008

Ostatni dzień

treeSzkoda, że nie udało nam się pojechać do zamku na wodzie Bodiam oraz na festiwal Robin Hooda w Nottingham. Trwająca tydzień średniowieczna impreza byłaby zapewne dla mnie wspaniałym przeżyciem… ale na to też kiedyś przyjdzie czas. Ostatnie kila dni spędziliśmy raczej leniwie. Pojechaliśmy na wybrzeże do Eastbourne, gdzie są piękne klify. Najsłynniejszy, Beachy Head można zobaczyć na teledysku “Close To Me” pewnego angielskiego zespołu, którego nie używający grzebienia wokalista wraz z resztą ekipy, postanowili zrzucić się z niego do morza w szafie pełnej ubrań :) Natomiast na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy wypad do Crawley oraz wieczorne zwiedzanie pubu Dragon i nawilżanie organów wewnętrznych angielskim lanym piwem. Jutro o 15:50 tutejszego czasu mam samolot do Polski. Kolejne nowe przeżycie w tym roku… zobaczę świat z wysokości.
tree2
Wyjeżdżam z Wyspy w poczuciu doskonale spędzonego czasu… z uczuciem wewnętrznego spełnienia, z sercem pełnym uniesień i głową pełną wspomnień. Świadomy, że nie zmarnowałem danych mi chwil.
Św. Augustyn mawiał: “Świat jest jak księga, a ten kto nie podróżuje czyta tylko pierwszą stronę.” Jakże prawdziwe są te słowa.


Jul 26 2008

Y Wal, y clawdd a’r ffens

Trochę żałuję, że nie zaproponowałem panu Bryn Fôn zrobienia sobie wspólnego zdjęcia. Oglądam na youtube.com jego klipy i czuje się wspaniale wiedząc, że jechaliśmy z muzykiem, który jeszcze na dodatek obdarował nas swoim albumem. I jak tu nie być autostopowiczem? To prawdziwie doskonałe uczucie.


Jul 24 2008

“A Moment In Time”

Jedziemy pociągiem po skalnym urwisku. Z jednej strony w dole mamy morze… z drugiej, nad nami wznoszą się góry. I wciąż te zielone pola pełne owiec i kamiennych murków. Drzewa… trochę jak bonsai, trochę jak z Fangornu. Krajobraz jest dokładnie taki, jak w opisach Tolkiena. Kto czytał, wie jaki. Godzinę później skręcamy… morze zostało z tyłu, a z każdym kilometrem bliższym Anglii, góry stają się niższe, drogi szersze, miasta wciąż większe. Znika powoli malownicza kraina i pojawia się las wieżowców, tłum ludzi, krzyk i chaos. Żal opuszczać Walię… pozostanie w sercu i na zdjęciach. Trochę mi smutno, trochę nostalgicznie…

Cały wagon zajęty, siadam więc na podłodze w korytarzu, wkładam słuchawki i patrząc przez okno na chmury zatapiam się w muzyce. To był wspaniały czas… przeżyty pełnią. Właściwie ostatnie pół roku jest nieprawdopodobnie doskonałe. Miesiące pełne pozytywnych uniesień i chwil, które za 20 lat będą wciąż wywoływać ciarki na plecach. Jak będę już duży i zbyt stary na jeżdżenie autostopem, kupię sobie hippie busa, będę jeździł nim po swiecie, zabierał autostopowiczów i opowiadał im, jak sam będąc młodym człowiekiem zwiedzałem w ten sposób świat. A jutro jedziemy na południowe wybrzeże. Dobranoc…


Jul 23 2008

Everywhere… is just a journey away

lakePostanowiliśmy jednak zmienić nasze plany. To właśnie jest wspaniałe w tego rodzaju podróżach, że można sobie pozwolić na całkowitą spontaniczność i zmianę i tak minimalnego już planu o kolejne 180 stopni. Wrócimy do Horsham pociągiem, przez co będziemy mogli spędzić kilka dni więcej z Martą i Michałem…  co wielce mnie cieszy.

Dolgellau jest małym miasteczkiem położonym pośród pięknych gór. Wszystko zbudowane jest tutaj z kamienia, nawet dachy budynków. Łąki i wzgórza poprzecinane są małymi kamiennymi murkami… bardziej chyba po to, żeby jedne owce nie przechodziły na teren innych owiec. Michał mówi, że nikt z mieszkańców do końca nie zna historii tego miasteczka. Ludzie podają jedynie nie bardzo pewne informacje o tym, że niegdyś było to główne miasto, z którego rozprowadzano towar do dalszej częśi Walii, po wyładowaniu go ze statków. Patrząc na mapę i na po położenie Dolgellau można stwierdzić, że jest to całkiem możliwe.

W poniedziałek miałem przyjemność pierwszy raz w życiu jechać ścigaczem ponad 100 km/h. Michał postanowił zabrać nas nad jezioro Tal-y-llyn. Górskimi, krętymi drogami dojechaliśmy do prześlicznego miejsca, gdzie można karmić ryby niemalże z ręki. Niopodal znjduje się masyw górski Cadair Idris – Krzesło Idrisa. Legenda głosi, że kto zostanie na noc na samej górze, rano obudzi się szaleńcem albo poetą. Żałuję, że nie mogliśmy wyjść na górę, ale obecnie moje kolana nie pozwalają mi komfortowo wyjść nawet na pierwsze piętro. A szkoda, bo może zostałbym szaleńcem po spędzonej na szczycie nocy.

We wtorek pojechaliśmy do nadmorskiego miasteczka Aberystwyth. Po drodze, nieopodal Machynlleth znajduje się centrum alternatywnych źródeł prądu. Na szcycie wzgórza widać wiele wiatraków. Samo Aberystwyth to typowe nadmorskie miasteczko. Pachnie rybami, turystami i sklepami z pamiątkami. Małe, urokliwe i pełne ludzi. Poszliśmy na wystawę do centrum sztuki, gdzie oglądnęliśmy ekspozycję ceramiki i filmów nie znanego mi artysty. Następnie weszliśmy do muzeum, które zrobione jest w starym teatrze. Nad samym morzem wznoszą się ruiny średniowiecznego zamku i pomnik z aniołem.

Dzisiejsze popołudnie upłynęło nam leniwie w Barmouth. Leżąc na plaży przed sobą masz morze, a gdy obrócisz głowę, zobaczysz za sobą piękne góry. Widok jest niesamowity… można patrzeć i patrzeć. A potem zamykasz oczy, wciągasz powietrze… i zdajesz sobie sprawę, że to jest chwila, która sprawia, że chce ci się krzyczeć, śpiewać i klaskać z radości.


Jul 17 2008

Cymru

caldicotPo wyjściu ze stacji podbiegłem do młodego człowieka, by zapytać, czy wie gdzie jest pole namiotowe, które mam zaznaczone na mapie. On odparł, że wie i że nas tam zawiezie. Okazało się jednak, że pole to jest zamknięte. Zawiózł nas więc pod ruiny zamku w Caldicot, gdzie rozbiliśmy namiot pod samym zamkiem. W miejscowym pubie poznaliśmy miłą rodzinę, która opowiadała mi dlaczego tu są i uczyli mnie poprawnie po walijsku wypowiedzieć nazwę miasteczka gdzie mieszka Marta i Michał, a w którego kierunku rano wyruszymy. Spróbowałem też dwóch walijskich piw. Są bardzo dobre, jednak kompletnie inne niż polskie. Sama piana jest bardzo delikatna i dobra, a barmanka nalewa do kufla tak, że wszystko wystaje sporo ponad kufel. Nocą pod zamkiem mieliśmy gościa w postaci zająca :)

Za wszelką cenę chciałem dziś dotrzeć do Dolgellau, do Marty i Michała, ale mieliśmy do pokonania blisko 300 km. Rano ustawiliśmy się w dogodnym miejscu. Po chwili z samochodu machali nam członkowie wczoraj poznanej rodziny. 10 minut później zatrzymał się dla nas młody kierowca, ściszył muzykę do 90 dB i oznajmił, że zawiezie nas do Chepstow. Tam po 15 minutach złapaliśmy sportowy samochód z kierowcą, który zawiózł nas do następnego większego miasta, Monmouth. Po drodze oznajmil, że nigdy nie jeździ tą drogą, ale dziś wyjątkowo postanowił nadrobić drogi. Wiedział, że będziemy czekać ?? :)

W Monmouth nie mogliśmy znaleźć dobrego miejsca by wbić się na autostradę, więc do dużego miasta Abergavenny dojechaliśmy autobusem. Trasa prowadziła przez pięknie położone wioski, gdzie drogi były tak wąskie, że ledwo mieścił się na nich autobus. Troszkę zwiedziliśmy miasto i z wylotówki zabrała nas w daleką drogę do Builth Wells młoda dziewczyna w kompletnie zapakowanym walizkami samochodzie. Tam po dwóch minutach nadjechał nasz kierowca jeepem, który zabrał nas w kolejną daleką drogę na zachodnie wybrzeże Walii.

Ostatni odcinek, już do samego Dolgellau przejechaliśmy z dwoma członkami zespołu folkowego, którzy mają dziś grać na festiwalu w miasteczku. Byli bardzo zaskoczeni tym, że jedziemy autostopem. Kierowca mówił mi jak na północy Walii powinienem wymawiać nazwę Dolgellau. Język rózni się tu troszkę od tego na południu kraju. Bardzo miłym gestem było podarowanie nam płyty z ich muzyką. sheep1

Walia jest nieprawdopodobnie zielona. Gdy jechaliśmy przez góry padał deszcz i wszystko było ukrute we mgle. Zakochałem się w tych widokach. Na łąkach pasą się owce, przez łąki płyną strumyki, czuć świeże i wilgotne powietrze. Wieczorem poszliśmy do ruin opactwa cystersów. W Anglii i Walii nie spotkaliśmy na razie ani jednego autostopowicza. Ludzie mówią, że to nie jest już takie popularne jak kiedyś.  Ze stopowaniem tutaj jednak nie ma najmniejszego problemu.

Czuję się doskonale… znów jestem w podróży… znów odkrywam świat i siebie…


Jul 16 2008

Nad morzem

Dzisiaj najdłużej staliśmy na drodze. Nasz kierowca przyjechał dopiero po 40 minutach. Dojechaliśmy do Wells, oglądnęliśmy imponującą katedrę i postanowiliśmy jechać nad morze. Musieliśmy niestety poczekać godzinę na następnego kierowcę. Ten przewiózł nas kilka mil do następnego miasteczka, a następnie podjechaliśmy autobusem nad morze. Wieje tu bardzo ale miło znów zobaczyć wielką wodę. Miejskim autobusem pojechaliśmy na ostatni przystanek, gdzie kierowca stwierdził, że zawiezie nas na pole namiotowe  :-)  Na polu były tylko trzy namioty… reszta to same przyczepy campingowe.

Trwające od trzech dni gastryczno-wydalnicze problemy Agnieszki przyprawiły mnie o palpitację wszystkich organówi i rano dwoma autobusami pojechaliśmy do Bristolu do szpitala. Tam udzielono Agnieszce pomocy w postaci wysłania jej do apteki. Bristolu nie będę dobrze pamiętał… właściwie nie chcę go pamiętać. Z racji tego, że to bardzo duże miasto i szukanie dogodnego miejsca, do łapania stopa w stronę Walii zabrałoby nam wiele czasu, postanowiliśmy przedostać się tam pociągiem. Okazało się, że nie jest taki drogi.


Jul 15 2008

Glastonbury

towerPo drodze, z której najbardziej pamiętam wciskający mi się w udo mój własny plecak, nasza pani kierowca opowiadała, jak sama niegdyś jeździła autostopem po Indiach oraz o festiwalu, który odbył się tutaj dwa tygodnie temu. Samo miasto to mieszanka wielu subkultur. Mamy tu więc “gotów”, którzy w dzisiejszych czasach nie wiele wspólnego mają z prawdziwymi Gotami. Hipisi stanowią tu raczej mniejszość. Spotkaliśmy jeszcze elfy, nimfy, czarownice i nieśmiertelne emo, oczywiście w wieku do lat 15.

Idąc ulicą mijamy sklepy. Pierwszy z artykułami indyjskimi, drugi dla “gotów”, trzeci z książkami, przy których pan Silva i pan Murphy to przedszkolaki. Przechodzimy na drugą stronę ulicy. I tu zaskoczenie… spożywczy. Poniżej sklep w wersji dla nie zdecydowanych, czyli wszystko z tamtych sklepów w jednym miejscu. Dalej zielarski… właściwie to gdzie my jesteśmy? :-)

Idziemy do ruin opactwa. Glastonbury Abbey uznaje się za pierwsze sanktuarium chrześcijańskie na Wyspach Brytyjskich. w latach 940-956 opatem był tutaj św. Dunstian. W roku 1184 cała budowla została zniszczona w pożarze, a w roku 1539 odbudowany klasztor rozwiązano. Jedziemy na pole namiotowe. Krótki autostop i po chwili jesteśmy rozbici na trawie. W nocy wychodzę jeszcze na pobliskie wzgórze, gdzie stoi wieża, pozostałość po kościele. Wszystko tonie we mgle i jest bardzo tajemniczo.


Jul 14 2008

Angielska wieś

stopOd czasu, gdy wraz z Arturem zaczęliśmy jeździć autostopem, jestem świadkiem tego, jak ludzie potrafią być pomocni. Nie robią tego dla siebie, bo przecież nic z tego nie mają. Jedyną zapłatą dla nich jest to, że poznają “włóczęgę”, słuchają jego historii a on słucha swojego kierowcy. Gdy po drodze kierowca stwierdza, że zawiezie cię dużo dalej niż jedzie, zdajesz sobie sprawę, że w ludziach tkwi jakaś chęć pomocy. Ponoć są i przykre sytuacje, tak mówią w odbiornikach telewizji. Jeździmy z Arczim autostopem już jakieś 8 lat i nigdy nie mieliśmy żadnej przykrej sytuacji. Prawdziwie złe jest to, że wciąż mówi się w mediach o przykrych rzeczach. Ludzie przez to stają się wobec siebie nie ufni. Dlaczego nikt nie chce mówić o tym, że autostopem można przejechać cały świat? … i to wcale nie jest niebezpieczne.

Troszkę czasu minęło nim dogadałem się ze starszym państwem. Mąż, człowiek o wesołej twarzy porośniętej siwą brodą, próbował na swojej, o wiele dokładniejszej mapie zlokalizować pole namiotowe, na które jechaliśmy. W końcu zrezygnowany powiedział, że nie ma pojęcia gdzie to jest, ale nas tam zawiezie. W wesołej atmosferze szukaliśmy jakiegokolwiek znaku, który skieruje nas na właściwą drogę. W końcu znaleźliśmy. Nasi dobroczyńcy zawieźli nas na miejsce, które było chyba najpiękniejszym miejscem, w jakim byliśmy dotychczas.

Pole namiotowe umiejscowione było pośród zielonych pagórków, na których rosły zielone drzewa, pod którymi popasały sobie krówki,  skubiąc zieloną trawę. W środku były małe stawy, na które można było za darmo wypłynąć łódką. Żałuję, że tego nie zrobiliśmy. Gdy już zmierzchało, ze swoich kryjówek wyleciały nietoperze i krążyły nad namiotami.

bienŻal było o poranku opuszczać takie miejsce. Na drodze, na którą musieliśmy wspiąć się pod górę, zatrzymał się pierwszy przejeżdżający samochód. Z pojazdu mechanicznego wyskoczył średniego wieku mężczyzna, zdziwione oczy skierował na moją koszulkę i z jeszcze większym zdziwieniem zapytał, czy ja naprawdę chcę objechać autostopem świat :-) Dojechaliśmy do średniowiecznej wsi Bruton, gdzie oglądnęliśmy średniowieczny kościół. Potem z drogi zabrała nas miła pani z dzieckiem. Samochód miała kompletnie zapchany, jednak nie przeszkadzało jej to, by władować jeszcze do niego nas i plecaki. Tak dotarliśmy do Glastonbury.


Jul 13 2008

Gołębie są wszędzie

Spod Stonehenge zabrał nas młodzieniec, który najwyraźniej nie chciał nas zabrać, jednak w którymś momencie swojej drogi postanowił zawrócić i zawieźć nas wprost na pole namiotowe. Trochę żałowałem, że nie pojechaliśmy z nim do samego Bristolu, ale ostatecznie dobrze, że tego nie zrobiliśmy. Na polu namiotowym był prysznic, w którym nareszcie dokonaliśmy całocielesnej ablucji. Gdyby nie wszechobecne na tym polu gołębie, można by powiedzieć, że noc minęła spokojnie. Całonocne gruchanie ptactwa dachowego budziło mnie kilka razy w nocy, a jeden z nich postanowił nawet złożyc autograf na namiocie, o czym przekonałem się rano.

Nie za dobrze dogadałem się z miłym małżeństwem o poranku i przez nieuwagę cofnęliśmy się do Salisbury. Okazało się jednak, że jest tu najpiękniejsza XIII wieczna katedra brytyjska, zbudowana w zaledwie 38 lat, od 1220r. Katedra ma najwyższą iglicę w UK, mierzącą 123 metry i najstarszy, bo aż z 1386 roku, działający zegar w Europie.

Wszystko w tym kraju jest ogrodzone. Każdy kawałek terenu otoczony jest płotem, często drutem kolczastym. Ciężko zatem jest znaleźć miejsce do spania. Szkoda, że tu nie jest tak, jak w Skandynawii, gdzie wręcz obowiązkiem podróźnika jest rozbicie się gdziekolwiek.


Jul 12 2008

The Cure is fucking good

stoneOkoło 10 sekund łapaliśmy na wylotówce spod Tesco. Szybko dostaliśmy się do Southampton, skąd po 2 minutach wielkim jeepem zabrał nas Chris. Nie jechał do Stonehenge, jednak postanowił nas tam zawieźć, pomimo tego, że nadrobił jakieś 30 km. Po drodze słuchaliśmy Dandy Warhols, a na moje stwierdzenie, że z angielskich zespołów najbardziej lubię The Cure odparł “The Cure is fucking good”  :-)

Samo Stonehenge obfituje głównie w turystów. Kamienie jednak, pomimo tego, że wcale nie są takie wielkie, robią ogromne wrażenie. Człowiek będąc w takim miejscu czuje, że obcuje z jakąś wielką tajemnicą. Niestety postanowiono z tego zrobić punkt zarabiania pieniędzy. Wstęp ponad 6 funtów, sklepiki pełne… właściwie nie wiadomo czego, a wszystko szczelnie ogrodzone płotem. Takiemu obrotowi rzeczy sprzeciwia się stojący przed wejściem “druid”, który demonstruje swoje oburzenie i nawołuje do przywrócenia dawnej świetności tego miejsca. Myślę, że każdy chciałby, by miejsce to pozostało takie, jakim było dawniej. Co jednak stanie się z tymi kamieniami, gdy każdy postanowi dotknąć tej tajemnicy?


Jul 11 2008

Arundel i Chichester

arundelZbyt wiele czasu zajęło nam przygotowanie się do wyjazdu. Postanowiliśmy więc, że do Arundel dotrzemy pociągiem. Zamek robi wrażenie już przez okno przedziału, gdy jednak jest się w środku, atmosfera przenosi nas w odległą przeszłość. Piękne ogrody, fontatnny, mury, które pamiętają pewnie nie jedną bombę. Obok znajduje się katedra. Henryk, XV książe Norfolk oddał ją do użutku w 1868 roku na pamiątkę odnowy katolicyzmu w 1850 r. Katedra zbudowana jest z cegły pokrytej kamieniem wapienym w stylu francuskiego gotyku z około 1400 roku. Samo miasteczko utrzymane jest w starym klimacie.

Pierwsza próba angielskiego autostopu wypadła doskonale. Po 15 minutach jechaliśmy już w stronę Chichester. Poważnym jednak błędem było nie pojechanie do Portsmouth wraz z naszym kierowcą. Noc zastała nas w mieście a niestety ochronierze terenu collegu byli nie do przekonania i dali nam pół godziny na opuszczenie miejsca noclegu. Rozbiliśmy się nieopodal Tesco na łące, na którą dostaliśmy się nielegalnie przez płot. Jutro spróbujemy dojechać do Stonehenge.


Jul 8 2008

Angielska gościnność

Kilka kilometrów za portem Tomasz musiał zatrzymać się na 9 godzin. Chciałem jeszcze tego samego dnia dostać się do miasteczka, gdzie mieszka moja siostra… było jednak już po 17ej i wiedziałem, że będzie to trudne. Na parkingu rozmawialiśmy z kierowcą TIRa, który stwierdził, że za dwie godziny kończy pauzę i może mnie zabrać do Redhill. My w tym czasie oglądaliśmy zdjęcia Tomka, jego żony i malutkiego Oliwiera. Po dwóch godzinach oferujący pomoc kierowca wyruszył w podróż w głąb Anglii, jednak nie informując mnie o tym. Trochę mi się zrobiło przykro, ale nie trzeba się przecież martwić ani denerwować takimi sytuacjami. Tomek wywołał na CB kierowców i jeden z nich postanowił zatrzymać swoją ciężarówkę w bardzo nie przepisowym miejscu i zabrać mnie kilkadziesiąt mil dalej. Co kilka kilometrów zmieniała się pogoda. Było piekne czyste niebo, albo wielka ulewa… i cały czas wiał silny wiatr. Wysiadłem na wielkim parkingu dla ciężarówek. W WC nawiązałem swój pierwszy dialog z anglikiem. Dość ciężko było mi go zrozumieć. Koniecznie muszę powrócić do nauki angielskiego. Rozbiłem namiot na trawniku i po nocy, która przyniosła mi doskonałe odpocznienie wyruszyłem z duńskim kierowcą wprost do Horsham.

godNareszcie zobaczyłem na własne oczy celtycki krzyż. Wszedłem na cmentarz i zapatrzyłem się na to, co widziałem tylko na zdjęciach. Kościół również wyglądał imponująco… zarówno zewnątrz, jak i w ciemnym wnętrzu. Na ławeczce przed świątynią postanowiłem ugotować sobie zupkę. Zaciekawiony moją osobą Father Paul przysiadł obok mnie i chwilę rozmawialiśmy, po czym stwierdził, żebym nie marnował gazu i zaprowadził mnie do kuchni, gdzie mogłem zagotować sobie wodę w czajniku. Następnym zaciekawionym moją osobą człowiekiem był ogrodnik, który powiedział mi, że jak skończę jeść zawiezie mnie do domu, gdzie w sennym letargu czekała już na mnie Agnieszka. Moje pierwsze wrażenie związane z Anglią jest bardzo pozytywne. Ale to dopiero pierwszy dzień… a będzie ich przecież wiele. W piątek wyruszamy przed siebie.


Jul 7 2008

… pasażer do Królowej

Jarek, były żołnierz, który dziś śmiało mógłby zagrać sobowtóra Jeana Reno, opowiadał mi, jak kilka razy został ostrzelany wioząc zaopatrzenie w Syrii oraz jak wystrzelono w kierunku jego samochodu ONZ z moździeża. Dziś szczęśliwy ojciec rodziny opowiada o tym wydarzeniu z uśmiechem na ustach, jednak dodaje, że wojna to straszny syf, tym bardziej wojna religijna.
Podróż w jego towarzystwie była prawdziwą przyjemnością, jednak pomimo tego, że opowiadał pasjonująco niczym bard północy, zaraz po przekroczeniu granicy z Holandią usnąłem. Obudziłem się, gdy wjechaliśmy do Belgii. Gdy zaczęło wschodzić słońce, ukazały mi się małe wioski i pola pełne pasących się krów. Gdyby nie biegnące przez te pola autostrady, można by śmiało powiedzieć, że to piękne i zaciszne miejsce, w sam raz do prowadzenia życia w ascezie.
Antwerpia przywitała mnie zimnym wiatrem. Na parkingu, na którym wysiadłem o 5 rano było bardzo wiele TIRów. Zależało mi jednak na tym, by wsiąść do takiego, którego kierowca zabierze mnie aż do Anglii. Nie było to łatwe. Kierowcy boją się tutaj brać pasażerów ze względu na nielegalny przemyt murzynów i azjatów do UK. Dwóch kierowców stwierdziło nawet, że się mnie boją… hmmm, może to przez moje 91 kilo?? :-)
Jeden natomiast był pomocny i próbował załatwić mi transport przez radio wołając “ogólny do mobili, jest pasażer do Królowej”.
Po bezskutecznym przepytaniu wszystkich kierowców, postanowiłem zastosować plan 48b, który jak wiadomo zawsze jest skuteczny. Luksusowym BMW prowadzonym przez równie eksluzywnie ubranego młodego biznesmena dostałem się do następnej stacji benzynowej, gdzie od razu podszedłem do polskiego TIRa, którego kierowca bez zastanawiania się postanowił zabrać mnie do Anglii.
Tomasz opowiadał mi, jak pewnego razu miał problemy z angielskim prawem, gdy w naczepie jego ciężarówki celnicy znaleźli czterech murzynów. Teraz przed wjazdem na prom sprawdzają każdą przyczepę specjalnym urządzeniem, które, jak stwierdził Tomek, jest w stanie wykryć oddech gołębia. O dziwo jednak nam pozwolono przejechać bez kontrolowania pojazdu. Pierwszy raz w życiu na około trzy godziny stałem się drugim kierowcą ciężarówki.


Jul 6 2008

Niebo nad Berlinem

berlinPrzejazd przez Polskę, jak zwykle nie był żadnym problemem. Błędem natomiast było nie pojechanie  z panem Jackiem jego luksusowym pojazdem mechanicznym do Frankfurtu. Wydawało mi się, że to zbyt dużo drogi nadplanowej. We Frankfurcie pewnie nie miałbym żadnego problemu złapać kogoś na jednej z tysiąca stacji benzynowych, a tak zmarnowałem zbyt wiele czasu na wylotówkach na Berlin, tuż za granicą w Olszynie. Na jednej z nich zastała mnie noc więc rozbiłem namiot w pobliskim lesie. Rano postanowiłem naruszyć niemieckie przepisy i łapać w niedozwolonym miejscu, czyli na autobahnie. Na szczęście miły Niemiec postanowił również nagiąć te same przepisy i zatrzymać się dla mnie tam, gdzie zatrzymać się nie powinien. 100 km dalej, gdy wysiadłem z jego samochodu, ku mojemu zaskoczeniu, autostop złapał mnie :-) Kolejny miły Niemiec zobaczył mój karton z napisem Berlin wciśnięty w plecak i zaproponował, że mnie tam zawiezie.

W Berlinie, na jakiejś podmiejskiej stacji próbowałem łapać, ale nikt nie jechał tam, gdzie ja. I gdy już myślałem, że pełne aniołów berlińskie niebo dziś wyjątkowo jest puste, dwa z nich zjawiły się pod postacią starszego małżeństwa, które postanowiło nadrobić dla mnie 30 km drogi  i zawieźć mnie na stację benzynową na autobahnie w kierunku Hannoveru. Tam, po napełnieniu butelek wodą, bez problemu zabrałem się w daleką drogę pod Dortmund.

Kiedy Twój kierowca wciska hamulec i znacząco zmniejsza prędkość do 160 km/h zadajesz sobie pytanie, czy aby na pewno nie lecisz samolotem. Kiedy jednak ponownie przyspiesza, a w lewym oknie widzisz wyprzedzające Cię samochody, jesteś pewien, że to po prostu autostrada i że wszyscy tutaj tak jeżdżą.

Na kolejnej “tankszteli” spytałem odpoczywającego kierowcę TIRa, czy mogę z nim jechać. On odparł, że zabierze mnie kilkaset kilometrów, ale jak skończy mu się czas pauzy. Postanowiłem więc nie spać tej nocy i jechać tak długo jak się da. Odpoczywam więc na trawie. O północy wyjazd do Belgii.


Jul 5 2008

Pierwszy

Moja pierwsza “samotna” autostopowa wyprawa przez Europę. Troszkę się boję. Ale to taki strach połączony z fascynacją tym, co jeszcze nie znane. Do zobaczenia na drodze  :-)