Irlandzka gościnność

O poranku Bożenka znów robi nam śniadanie, żegnamy się i wraz z Griszą ruszamy autobusem do Limerick. Kupujemy butle gazowe, Grisza życzy nam wszystkiego dobrego i ruszamy piechotą na wylotówkę z miasta. Zobaczymy się znów za dwa tygodnie. Chcemy dostać się Lough Gur, największego megalitycznego kręgu w kraju (Grange). Dużo czasu zajmuje nam dojście do miejsca, gdzie można w końcu zacząć łapać stopa. Po drodze zwiedzamy duży cmentarz, gdzie stoją strzeliste krzyże celtyckie z najróżniejszymi zdobieniami. Zatrzymuje się samochód. Pierwszy kierowca w Irlandii to Węgier, który ma żonę z Wąchocka. Jest nauczycielem gry na pianinie i jadąc słuchamy Chopina. Opowiada nam, że sam niegdyś jeździł stopem i że teraz stara się zabierać autostopowiczów. Twierdzi, ze tą drogą nie dostaniemy się do Lough Gur, więc zabiera nas gdzie indziej. Szybko mkniemy autostradą i po 10 minutach wyskakujemy przy zjeździe w stronę Croom.

Wciąż jestem pełen podziwu dla tych wszystkich ludzi, którzy tak bardzo chcą Cie podwieźć, że zatrzymują się kompletnie zapchanym samochodem, nie zwracając uwagi na to, że możesz do tego samochodu po prostu się nie zmieścić. Kiedy wiec po 15 minutach czekania otwieram drzwi następnego samochodu, zastanawiam się, jak zmieścimy się do dwuosobowego jeepa kompletnie zapchanego ogrodowym sprzętem, w którym również na jedynym wolnym fotelu leżą rzeczy, a także przed nim i pod nim. Plecaki ładujemy na pakę a sami montujemy się z przodu trzymając nogi niedokładnie tam, gdzie miejsce na nie przewidział producent. Jedziemy ok 8 km i wysiadamy w wiosce Croom. Jak informuje nas znak, 2km stad jest klasztor cystersów. Ruszamy na piechotę. Ruiny stoją jednak na prywatnym terenie więc oglądamy je jedynie zza płotu… ale i tak nam się podobają.

Pogoda zmienia się co 10 minut. Na przemian leje  i świeci słonce. Idziemy na piechotę do skrzyżowania i kierujemy się na drogę w kierunku Lough Gur. Nikt niestety nie chce się zatrzymać. Do tego nadciągnęła potężna czarna chmura i rozpadało się dość mocno. Postanawiamy kontynuować marsz, łapać samochody, a jak nikt się nie zatrzyma, to zapukamy do któregoś z domostw i spytamy, czy możemy rozbić namiot na jednym z pastwisk. Irlandia bowiem, tak jak Anglia i Walia, w większości do kogoś należy. W końcu zza chmur wyszło słońce a my, po przejściu ok 8 km uroczymi terenami, skręcamy do pobliskiego domostwa, dzwonimy i grzecznie pytamy, czy możemy rozbić namiot na pobliskiej trawie. Młoda dziewczyna równie grzecznie odpowiada, ze pójdzie spytać mamę i wraca z około sześćdziesięcioletnią kobieta, która zaprasza nas do domostwa twierdząc, ze  za chwile znów będzie padać a ona ma dobre miejsce dla turystów. Dostajemy więc dwupiętrowe mieszkanko, w którym możemy się wykąpać, uprać i przygotować jedzenie. Robimy ryż z warzywami i zieloną herbatę. Pół godziny później, warzywami, własnej roboty chlebem i mlekiem od krów częstuje na Catherine, właścicielka domu. Pomagam jej przesunąć dwie szafy a ona opowiada nam, ze dziewięć lat mieszkała we Francji i tez jeździła autostopem.

Siedzimy w kuchni, popijamy świeże, ciepłe mleko i jesteśmy pod wrażeniem irlandzkiej gościnności. Nad ciemniejącym horyzontem pięknie jaśnieje Wenus. Gdy całkiem zapada zmrok, wychodzimy z domu oglądać gwiazdy. Nie ma tu świateł miasta. Nieboskłon wygląda przepięknie.


Leave a Reply