Cashel, Cahir i Apple Farm

Rankiem wraz z ojcem i jego córką szybko dostajemy się do Tipperary. Oglądamy miejscowy stary kościółek i cmentarz z powalonymi krzyżami, robimy zakupy i ustawiamy się na wylotówce do Cashel.

Jeżdżąc autostopem nigdy nie wiesz, kto się zatrzyma i jakim samochodem. Wydawało mi się, że nie zaskoczy mnie już nic, ale gdy zatrzymał się nasz następny transport i otworzyłem drzwi, by zapytać kierowcę, czy nas zabierze, aż mnie cofnęło. Wszędzie były śmieci. Tak dużo, że wydzielały już nie bardzo przyjemny zapach. Zapakowaliśmy się i ruszamy. Kierowca jest inwalidą. Bardzo sympatyczny, ale ma problemy z wymową, co w połączeniu z irlandzkim akcentem jest dla nas okrutnie problematyczne. Ciężko się nam dogadać – większą część zgadujemy, pozostałej nie rozumiemy. W atmosferze niemal całkowitego niezrozumienia docieramy pod zamek w Cashel. Miasto bylo ongiś siedzibą królów, a w V wieku król Aenghus został tu ochrzczony przez samego św. Patryka. Znajduje się tutaj również Skała (Rock of Cashel), najbardziej znane miejsce w Irlandii. Ruiny zamku, w którym znajduje się Skała, są imponujące. Przez otwory w murze, wśród zielonych pól widać kolejne, równie imponujące ruiny.

Irlandzki akcent jest dla nas bardzo trudny. Jeżeli kierowca stara się mówić wyraźnie, to mniej więcej połowę udaje się nam zrozumieć. Jeżeli natomiast mówi tak, jak zwykł mówić, wyłapujemy tylko pojedyncze słowa i z tego próbujemy ułożyć w głowie zdanie i jakąś konkretną odpowiedź, która będzie czymś więcej, niż tylko OK lub mmhmm. Gdy mkniemy autostradą z Cashel do Cahir z dwoma braćmi w średnim wieku, mówimy im o tym problemie, na co oni ze zrozumieniem kiwają głowami i wybuchają śmiechem twierdząc, że nawet oni mają problem z irlandzkim akcentem.

Dotarliśmy do Cahir… chyba nigdy nie nauczę się, jak poprawnie wymówić tę nazwę. Znajduje się tutaj jedna z najlepiej zachowanych anglonormańskich twierdz Irlandii. I rzeczywiście robi wrażenie już z drogi, ale dziś jest już zamknięta, więc przyjdziemy tu jutro. Z przewodnika i informacji turystycznej dowiedzieliśmy się, ze ok 7 km od miasta znajduje się pole namiotowe Apple Farm. Nie wiemy tylko, czy jest otwarte. Wchodzimy wiec do miejscowego hotelu i prosimy panią w recepcji, by sprawdziła nam tę informację na stronie internetowej. Mila pani robi coś więcej, podnosi słuchawkę, wykręca numer i po chwili wiemy już, że możemy tam pojechać. Z wylotówki zabiera nas znów ten sam kierowca, który brudnym samochodem zabrał nas do Cashel. I tym razem znów okazał się być bardzo pomocny, gdyż podwiózł nas pod same drzwi pola.

Apple Farm to urocze miejsce. Właściwie to sad, w środku którego można rozbić namiot. Z jabłek robi się tutaj świeży sok. Każdy gość dostaje butelkę gratis. Przyznaję, że jest wyśmienity. W hangarach mieści się rozlewnia, w której pracują Polacy, o czym przekonałem się słysząc klasycznie już brzmiące obelżywe słownictwo. Zapach dobywający się z naszej polowej kuchni przyciągnął psy. Najpierw jeden przyszedł sprawdzić, co tak pachnie. Biały, o smutnych oczach, łakomy na każdy kawałek chleba. Potem drugi, kudłaty i łaciaty… tylko podniósł nogę i oblał namiot. Wieczór jest zimny, a niebo pełne gwiazd.


One Response to “Cashel, Cahir i Apple Farm”

Leave a Reply