Morze Celtyckie

Z ronda na wylocie  z Kilkenny, wprost do Kells, zabiera nas pani w średnim wieku. W miasteczku znajdują się imponujące ruiny opactwa Augustianów z XIII wieku. Na szczęście są otwarte i dostępne dla każdego za darmo. Dawne opactwo leżało w urokliwym terenie. Nieopodal rzeka powoli toczy swe wody pośród powalonych drzew. Dookoła łąki, kilka owiec skubie trawę. Słychać bijący dzwon… oznajmia południe. Tak tu cicho i spokojnie. Jakby za chwilę mieli wyjść mnisi i udać się do ogrodów, by zająć się swoimi roślinkami. I tylko robotnicy naprawiający mury burzą ten sielankowy obraz.

Wracamy na drogę. Zabiera nas pierwszy przejeżdżający kierowca i szybkim rzutem znajdujemy się na rondzie, 8 km od Carrick-on-Suir. Do miasteczka wjeżdżamy z sympatycznym Irlandczykiem, który częstuje nas gruszkami. Chcemy się jeszcze dziś dostać na południowe wybrzeże, więc od razu ustawiamy się na drodze w stronę Dungarvan. Zza chmur wygląda słońce a obok nas zatrzymuje się pseudosportowy samochód z czterema młodzieńcami w środku.
- Dokąd jedziecie? – pytają.
- Do Dungarvan.
- Wskakujcie, podrzucimy was.
- Ale jak? – zastanawiamy się – nie macie przecież tyle miejsca.
- Wskakujcie – odpowiadają.
Mój plecak po małej rozbiórce ląduje w bagażniku. Dwóch pasażerów w tyle przyjmuje pozycje jeden na drugim, z czego ten na górze od pasa w dół siedzi, a od pasa w górę leży na plecach kierowcy. Ja z Magdą siadamy obok. Drugi plecak zamontowany jest z przodu i służy jako podpórka pod nogi dla pasażera siedzącego obok kierowcy. Jedziemy… lub raczej startujemy, gdyż ryk silnika wskazuje na to, że za chwile możemy wzbić się w powietrze. Wąską drogą mkniemy z dość zawrotną prędkością przy dźwiękach techno muzyki. Co jakiś czas kierowca redukuje bieg i silnik zdaje się wyskakiwać. Okrągła głowa wciśnięta z jednej strony w moje ramię, a z drugiej w plecy kolegi siedzącego na kolanach właściciela tejże głowy, przemawia do mnie, ale dźwięk muzyki i silnika zagłusza wszelakie słowa tak, że widzę tylko poruszające się usta. W końcu dojeżdżamy do miejsca “w połowie drogi do Dungarvan”, wygrzebujemy się z pojazdu i patrzymy jak z piskiem opon za zakrętem znika rakieta z czterema młodzieńcami. Zastanawiamy się, czy któryś z nich miał prawo jazdy.

Dalszy odcinek drogi pokonujemy z Mary, która naucza dzieci w pobliskiej szkole m. in. gaelickiego, angielskiego, historii i geografii. Dobrze nam się rozmawia, gdyż Mary mówi bez irlandzkiego akcentu. Opowiada o tym, ze była w Indiach i jest w tym kraju zakochana. W milej atmosferze docieramy do zatoki Dungarvan. Jesteśmy nad Morzem Celtyckim.


Leave a Reply