Smażone czerwone pomidory
Yvonne i Jim to ludzie bardzo sympatyczni. James cały czas się uśmiecha. Gdy oprowadzał nas po okazałym ogrodzie i pokazywał rośliny z Himalajów, czuć było w jego słowach radość i pasję. Naprawdę uwielbia to miejsce. Yvonne robi bardzo dobre dżemy. Mandarynkowy jest wyśmienity, choć ona twierdzi, że ten się jej nie udał. W swojej małej szklarni pokazała mi warzywa i przyprawy, które ma nadzieję niebawem zaowocują. Fasola, pomidory, ogórki a także pietruszka, curry, mięta. Wszystko pięknie już puszcza kiełki… teraz trzeba czasu i cierpliwości.
Domostwo naszych gospodarzy to piętrowy budynek. Na dole jest przytulna kuchnia i spiżarnia oraz pokój, który tej nocy został nam podarowany. Na górze znajduje się sypialnia, duży pokój i łazienka. Progi są wysokie a sufity na tyle niskie, że gdy chcę przejść z jednego pomieszczenia do drugiego, muszę pamiętać, by schylić głowę. Raz nie pamiętałem. Na śniadanie mamy smażone kiełbaski, smażony boczek, dwa rodzaje smażonego puddingu, smażone pomidory oraz tosty, ciasto, dżem, miód i czarną herbatę. Wszystko to bardzo mi smakuje. Przy śniadaniu dużo jeszcze rozmawiamy. Oboje są bardzo wyrozumiali i cierpliwie czekają, aż składając zdania wytłumaczymy, o co nam chodzi, omijając nasze braki w angielskim słownictwie.
Ranek mija zbyt szybko i nadchodzi czas odjazdu. Robimy sobie jeszcze wspólne zdjęcie, obiecujemy je wysłać i nasi dobroczyńcy zawożą nas na wylotówkę w stronę Fermoy. Ściskamy się, Yvonne i Jim odjeżdżają, a my zostajemy na pustej drodze. Chwilę później Magda pokazuje mi 50 euro i mówi, że Yvonne wręczyła jej to, byśmy sobie poszaleli. Lekko opada mi szczęka i nie wiem, co powiedzieć. W czasie swoich podróży otrzymywałem już jedzenie albo słodycze, ale jeszcze nigdy nikt nie podarował mi pieniędzy. Ludzie zaprawdę są niesamowici.
Do Fermoy dostajemy się z młodymi ludźmi, a dalej kilkoma rzutami do Mallow. Dziś nie idzie nam zbyt dobrze. Kierowcy podwożą nas po kilka kilometrów. Ostatecznie jednak udaje nam się dotrzeć na pole namiotowe w Killarney. Jest już późno, więc jest zamknięte, ale uprzejmy chłopak z domostwa obok dzwoni do właściciela, a ten zjawia się po 10 minutach. Jemy kolację i z głowami pełnymi wspomnień zasypiamy.

May 10th, 2010 at 23:07
wow..niesamowite..az sie wzruszylam…
to musieli byc naprawde dobrzy ludzie:)