Are you on holiday? Really?

Poranek jest zimny i nie chce się nam wychodzić ze śpiworów. W końcu jednak pakujemy się i ruszamy piechotą w stronę miasteczka. Na skrzyżowaniu z drogą w stronę Listowel zatrzymuje się dla nas starsza pani, która opowiada nam o szóstce swoich dzieci i mijając swój dom w Causeway stwierdza, że zawiezie nas dalej. Kilkanaście kilometrów później zabiera nas ojciec z córką i jedziemy do centrum Listowel.

Czasem nie pada i jest zimno, więc po wizycie w ruinach zamku (właściwie to tylko jedna ściana), kafejce internetowej i kościele, postanawiamy wejść do miejscowego wyszynku na frytki. A potem, gdy już łapiemy na drodze, zatrzymuje się rowerzysta i tłumaczy nam, gdzie będzie lepiej łapać stopa w stronę Tarbert.
- Wiem, bo sam nie raz to robiłem – mówi.
Uczynność ludzi za każdym razem wprawia mnie w zachwyt. Z lepszego miejsca zabierają nas Holendrzy, którzy są tutaj na wakacjach. Jadą wynajętym samochodem, gdyż ich camper pierwszego dnia się zepsuł i stoi w serwisie po drugiej stronie Irlandii. Z Tarbert szybkim stopem dostajemy się do Glin, gdzie robię zdjęcia ruinom i po dwóch godzinach oczekiwania zabiera nas młody Irlandczyk. Jedziemy do Foynes, gdzie dowiadujemy się, że zaznaczone na mapie pole namiotowe nie istnieje. Nasz kierowca postanawia więc zawieźć nas ok. 20 km dalej, do Leśnego Parku Curragh Chase. Wyskakujemy przy bramkach do parku i dalszą drogę pokonujemy na piechotę. Camping leży w środku lasu i jest tutaj bardzo cicho. Tylko ptaki i szum drzew. Tu zostaniemy do sobotniego poranka.

W łazience poznaję Johna… właśnie się goli, gdy zaczynamy rozmowę. To czterdziestoparoletni mężczyzna z siwymi włosami i sympatycznym wyrazem twarzy. John bardzo się zdziwił, gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski i nie przyjechaliśmy tutaj do pracy tylko na wakacje. Z ogromnym uśmiechem stwierdza, że to bardzo dziwne. Trochę rozmawiamy przy umywalkach i umawiamy się na jutrzejszy wieczór z irlandzką muzyką w pubie położonym na obrzeżach lasu.


Leave a Reply